ZWIERZĘTA, NASI BRACIA STARSI

18-04-2018

Z rok temu byłam na nabożeństwie w kościele z okazji chrztu dziecka pary z mojej rodziny. Gdy pod koniec tej uroczystości doszło do drugiego czytania z Pisma, usłyszałam coś, co szczególnie przykuło moją uwagę. Choć nie potrafię niestety przypomnieć dziś sobie, co to był konkretnie za ustęp biblijny, zawarto w nim jednoznaczne potępienie spożywania wieprzowiny. Spojrzałam przenikliwiej na księdza z namaszczeniem odczytującego ten fragment, potem na twarze zgromadzonych w świątyni wiernych. I zastanawiałam się, ilu z nich – łącznie z kapłanem, który ten passus wybrał chyba niezbyt przytomnie – zaraz po wyjściu z bożego przybytku spożyje na obiad właśnie owo ciało martwego wieprza nieco myląco nazywanego schabowym. Występnym kotletem schabowym panierowanym w grzechu.

-”Gdyby wszyscy byli tacy jak ja, nie zabijaliby zwierząt” - powiedział ze smutkiem Filip Neri, żyjący w XVI wieku święty, przechodząc obok jatki. Ten pobożny duchowny znany był z ogromnego oddania i troski wobec zwierząt. Uwalniał ptaki, które potem przylatywały do niego. Oswobodził mysz uwięzioną w pułapce i przeniósł ją w bezpieczne miejsce z dala od zagrożenia. Puścił wolno kuropatwy, które przyniesiono mu, by je zjadł. Był wegetarianinem nie ze względu na praktykowanie surowego chrześcijańskiego umartwienia, ale ze względu na czułe serce, które miał dla wszystkich żyjących stworzeń. Stworzeń powołanych do istnienia przez Boga jeszcze przed ożywieniem Adama, pierwszego człowieka, jak podaje święta księga wszystkich chrześcijan. Czujących istot obdarzonych duszą tak samo jak człowiek: „Rzekł tedy Bóg: Niech wyda ziemia duszę żywiącą według rodzaju swego; bydło i płaz, i zwierz ziemski, według rodzaju swego; i stało się tak. Uczynił tedy Bóg zwierz ziemski według rodzaju swego; i bydło według rodzaju swego; i wszelki płaz ziemski według rodzaju swego; i widział Bóg, że to było dobre” (Genesis 1, 24-25). I widział Bóg, że to było dobre. Szkoda, że człowiek religijny dziś już jakoś tego nie widzi i zarówno duszy żywej, jak i dobra zwierzętom zwykle odmawia...

Nie tylko św. Filipowi Neri los zwierząt nie był obojętny. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa żyło szczególnie wielu świętych, wyróżniających się taką pogłębioną moralną postawą. Św. Antoni pustelnik przebywał na egipskiej pustyni, gdzie uleczył chorą świnię. Św. Bazyli Wielki nazywał zwierzęta „naszymi braćmi”, którym Bóg dał ziemię jako dom tak samo jak nam, ludziom. Uważał, że powinniśmy wstydzić się naszego okrutnego panowania nad zwierzętami. Twierdził, że nie żyją one dla nas, ale dla samych siebie i dla chwały Boga (w czym - swoją drogą - bardzo przypomina czarną feministkę Alice Walker i jej słynne powiedzenie: „Zwierzęta istnieją dla siebie samych. Nie stworzono ich dla ludzi, tak samo jak czarnych nie stworzono dla białych, a kobiet dla mężczyzn”). Św. Jan Chryzostom przypominał, że zwierzęta i ludzie mają to samo pochodzenie i dlatego powinniśmy je traktować łagodnie i życzliwie. Św. Hieronim według legendy wyciągnął z łapy lwa cierń, a uleczony drapieżnik z wdzięczności przestał jeść mięso i spędził resztę swoich dni u boku świętego. Św. Sylwester opiekował się bykiem. Św. Kiaran Młodszy, irlandzki eremita, przebywając w lasach na odludziu napotkał groźnie wyglądającego dzika. Gdy jednak przemówił do niego serdecznie, nazywając go „bratem dzikiem”, bo zwykł nazywać braćmi i siostrami wszystkie zwierzęta, dzik nie tylko nie rzucił się na niego, ale wręcz pomógł zbudować mu schronienie, wyrywając gałęzie i znosząc do niego. Gdy już praca była ukończona, dzik pozostał z Kiaranem, a wkrótce dołączyły inne zwierzęta leśne, w tym wilk, lis, borsuk, jeleń i mnóstwo ptaków. Święty przezwał je wszystkie „pierwszymi braćmi mnichami” swojego małego klasztoru. Św. Kutbert żył w swojej pustelni w przyjaźni z ptakami, które chronił przed myśliwymi i dzielił się z nimi swoją skromną strawą. Pewnej nocy tak długo stał w morzu po pas żarliwie się modląc, że gdy wody przypływu ustąpiły, dwie wydry przyszły, by ogrzać mu stopy. Został więc obwołany patronem wydr. Św. Melangell to walijska opiekunka zwierząt. Według legendy uchroniła od śmierci zająca, który szukając ratunku przed myśliwską nagonką, skrył się pod jej suknią. Św. Hubert sam był myśliwym, nim pewnego dnia goniąc za dorodnym jeleniem, nie ujrzał między jego porożem znaku krzyża i nie usłyszał głosu bożego wzywającego go do porzucenia tego grzesznego życia. Na gorzką ironię zakrawa więc fakt, że Hubert, który skończył z niegodziwym w oczach Boga zajęciem myślistwa, rozdał cały majątek biednym oraz wstąpił na drogę pokuty i modlitwy, został okrzyknięty patronem...myśliwych...Podobny wątpliwy zaszczyt przypadł zresztą w udziale św. Idziemu, mieszkającemu w leśnej samotni w towarzystwie zaprzyjaźnionej łani. Gdy pewnego razu psy królewskie rzuciły się w pogoń za nią, uciekła ona prosto do kryjówki Idziego. Strzała, którą wypuszczono ku łani, trafiła zamiast niej świętego. Jakie karkołomne procesy myślowe musiały więc zajść w zwichrowanych najpewniej ludzkich głowach, że z świętych, którzy opiekowali się leśną fauną lub zrezygnowali z nikczemnego w oczach Boga łowiectwa, uczyniono patronów myśliwych właśnie? Św. Modest z Jerozolimy uzdrawiał zwierzęta. Najsłynniejszy chrześcijański zwierzęcy protektor, czyli św. Franciszek z Asyżu, również był znany z tego, że zwracał się do zwierząt mianem „braci” i „sióstr”, a także do całej natury. Wygłaszał kazania naszym „braciom mniejszym”, odkupił ryby od żony rybaka i uwolnił je do wody, a także obłaskawił wilka napadającego na pewne włoskie miasto. Św. Marcin de Porres, brat zakonny żyjący na przełomie XVI i XVII wieku, założył pierwsze schronisko dla bezdomnych psów i kotów. Jego towarzyszami byli pies, kot, ptak i mysz. Ujmował się nawet za uważanymi za szkodniki szczurami i myszami. Św. Róża z Limy pokojowo koegzystowała nawet z... komarami, które znalazły sobie schronienie w jej miejscu odosobnienia, ale nigdy jej nawet ani razu nie ugryzły...

I co chyba oczywiste wszyscy ci pierwsi święci oraz wczesnochrześcijańscy pustelnicy mięsa żadnego nie jedli. Św. Klemens Aleksandryjski: „Wierzę, że ofiary zwierzęce zostały wymyślone tylko pod pretekstem chęci jedzenia mięsa.” Tertulian kombinował w tę stronę: „Jeśli człowiek nie może nawet sprostać tak łatwemu wymogowi bezmięsnego pożywienia, jak można od niego oczekiwać, że będzie przestrzegał innych zasad?” Z kolei wspomniany wcześniej św. Jan Chryzostom opisując świętych i ascetów twierdził: „U nich nie płynie krew; nie ma zabijania ani ćwiartowania mięsa... ani nie ma u nich tej okropnej woni ludzi jedzących mięso”. Według przekazów św. Piotr, św. Mateusz i św. Jakub żywili się wyłącznie pokarmami roślinnymi. Nawet św. Augustyn, nieprzychylny wegetarianizmowi, uważał, że Chrystus „nie pozwalał swoim uczniom na spożywanie potraw zwierzęcych”.

Ogród Eden, dom pierwszych ludzi Adamy i Ewy, zanim skalali się grzechem nieposłuszeństwa wobec Boga, był miejscem, gdzie zwierzęta i ludzie żyli obok siebie w pokoju i harmonii. Przyjaznym bujnie kwitnącym zielonym azylem, który dawał wszystkim zamieszkującym go stworzeniom wystarczająco dużo dobrego pokarmu roślinnego. I nikt nikogo w nim nie pożerał: ani zwierzęta siebie nawzajem, ani zwierzęta ludzi, ani ludzie zwierząt. Nie było w nim przelewu krwi, jęku mordowanych i torturowanych hodowanych na rzeź, słodkawego smrodu rozkładających się zwłok, widoku zbielałych kości. Jeszcze wtedy ciała ludzi nie były grobami zwierząt, jak mówił Leonardo da Vinci, najsłynniejszy wegetarianin renesansu.

W Ks. Genesis Bóg zaraz po stworzeniu zwierząt i naszych prarodziców wyraźnie oznajmia: „(...) oto dałem wam wszelkie ziele, wydawające z siebie nasienie, które jest na obliczu wszystkiej ziemi; i wszelkie drzewo, na którem jest owoc drzewa, wydawające z siebie nasienie, będzie wam ku pokarmowi. I wszelkiemu zwierzowi ziemskiemu, i wszystkiemu ptastwu niebieskiemu, i wszelkiej rzeczy ruchającej się na ziemi, w której jest dusza żywiąca; wszelka jarzyna ziela będzie ku pokarmowi; i stało się tak” (Genesis 1, 29-30). Słynne słowa o „czynieniu sobie ziemi poddaną” padają tuż przed tym, zanim Bóg nakazuje ludziom i zwierzętom spożywanie wyłącznie roślin. Wyraźnie więc wynika z tego, że pierwotnym „dobrym” („I widział Bóg wszystko, co uczynił, a oto było bardzo dobre”) zamysłem Boga, było to, żeby wszystkie stworzone przez niego istoty żywiły się bez rozlewu krwi. Stwórca oddał Adamowi Ogród w opiekę, zwierzęta zaś przeznaczył mu ku pomocy („Rzekł tedy Pan Bóg: Nie dobrze być człowiekowi samemu; uczynię mu pomoc, któraby była przy nim. A gdy stworzył Pan Bóg z ziemi wszelki zwierz polny, i wszelkie ptastwo niebieskie, tedy je przywiódł do Adama, aby obaczył, jakoby je nazwać miał; a jakoby nazwał Adam każdą duszę żywiącą, tak aby było imię jej” (Genesis 2, 18-19) ). Nie ma tu nic o pozwoleniu na zabijanie lub dręczenie zwierząt, jest za to znowu o tym, że zwierzęta obdarzone są „duszą żywiącą”.

Grzech, którego dopuścili się Adam i Ewa, spowodował nie tylko ich wypędzenie z Raju, ale też zerwanie z bezkrwawym pożywianiem się. Zdegenerowało się całe ich istnienie, pojawiły się ból rodzenia, znój pracy na roli, zło i śmierć. Kondycja ludzi coraz bardziej się wypacza, aż w końcu Bóg żałuje, że ich stworzył i chce ich zatracenia. Zsyła potop. Ostrzega wcześniej tylko prawowiernego Noego, który wraz z rodziną i zwierzętami po parze z każdego gatunku według boskiego zalecenia chroni się na drewnianej arce. Po potopie Bóg wiedząc, że człowiek już zawsze skażony będzie złem, pozwala mu na spożywanie zwierząt. Przynajmniej tak to uzasadniało wielu pierwszych chrześcijańskich teologów, w tym św. Hieronim, gorliwy wyznawca bezmięsnej diety: „poszcząc, możemy wrócić do raju, skąd zostaliśmy wygnani”. I dalej: „Rodzaj ludzki u swych początków nie jadł mięsa, ani nie wręczał listów rozwodowych i nie poddawał się obrzezaniu. Ale odkąd Chrystus przybył u kresu czasów nie mamy już dłużej prawa się rozwodzić, nie jesteśmy poddawani obrzezaniu i nie jemy mięsa”. Innym wytłumaczeniem spotykanym u teologów było to, że Bóg zezwolił ludziom na jedzenie mięsa, ponieważ po potopie zabrakło roślinnego pożywienia. Do bólu logiczne...

Wiele osób przeciwnych wegetariańskim czy wręcz wegańskim korzeniom rajskiego człowieka przypomina, że Bóg przecież chciał, by składano mu ofiary ze zwierząt. A więc konkludując, nie miał nic przeciwko ich zabijaniu i konsumowaniu. Jednakże w Starym Testamencie jest co najmniej kilka znamiennych fragmentów, które znów wyraźnie wskazują, że owe krwawe ofiary czy też pożywianie się przez ludzi mięsem było dla Boga przykrą koniecznością, którą ledwo tolerował u swych pełnych niedoskonałości, a więc podatnych na grzech „dzieci”. Występek zepsucia mięsnego. W Czwartej Ks. Mojżeszowej znajduje się opis tułaczki Żydów po pustyni i (wegańskiej) „manny z nieba”, którą Pan zesłał, by ich wygłodzonych nakarmić. Niestety, tak jak dzisiejsi swojscy admiratorzy baraniego kebabu członkowie ludu wybranego woleli mięso niż tę „(s)trawę”, choćby i „duchowego” pochodzenia. Wyraźnie poirytowany Bóg mówi wtedy, że „OK, dam Wam tyle mięcha, że aż nozdrzami Wam wyjdzie i zemdli Was ze wstrętem” (tłumaczenie mocno niekanoniczne, ale fragment ów to Czwarta Ks. Mojżeszowa 11, 18-20). Po czym „Mięso jeszcze było między zębami ich nie zeżwane, gdy gniew Pański zapalił się na lud, i pobił Pan lud on plagą bardzo wielką. I nazwane jest imię miejsca onego Kibrot Haatawa; albowiem tam pogrzebali lud, który pożądał mięsa” (Czwarta Ks. Mojżeszowa 11, 33-34). Interesujące. Stwórca ukarał ich śmiertelną chorobą za niepohamowaną chrapkę na mięsko. Czyli lepszy zdrowszy cieciorkowy falafel w garści niż skryty barani kebab morderca..."Plagą bardzo wielką” można też z dzisiejszej perspektywy z pewnością określić epidemię nowotworów i innych chorób cywilizacyjnych, ów lawinowy skok zachorowań na agresywną postać raka, cukrzycę, nadciśnienie tętnicze, schorzenia serca czy miażdżycę, na które cierpią przede wszystkim przedstawiciele „nienażartych” bogatych zachodnich społeczeństw. Szeroko dyskutowany raport WHO (Światowej Organizacji Zdrowia) sprzed kilku lat jednoznacznie potwierdził korelację pomiędzy spożyciem tzw. „przetworzonego mięsa” a zachorowalnością na nowotwory złośliwe (w tym bardzo często jelita grubego lub okrężnicy). Za prawdopodobny silny czynnik kancerogenny uznano też nadmierną konsumpcję czerwonego mięsa. Bóg więc najwyraźniej przynajmniej w tym wypadku wiedział, co czyni...

Jeszcze mocniej brzmi ten przepełniony gwałtownym gniewem monolog: „Cóż mi po mnóstwie ofiar waszych? mówi Pan. Jużem syty całopalenia baranów, i łoju tłustego bydła; a krwi cielców, i baranków, i kozłów nie pragnę. Gdy przychodzicie, abyście się okazywali przed twarzą moją, któż tego żądał z rąk waszych, abyście deptali sieni moje? Nie ofiarujcież więcej ofiary daremnej. Kadzenie jest mi obrzydłością; nowiu miesiąca i sabatu, gdy zwoływacie zgromadzenia, nie mogę ścierpieć (bo nieprawością jest) ani dnia zapowiedzianego. Nowych miesięcy waszych, i uroczystych świąt waszych nienawidzi dusza moja; stały mi się ciężarem; upracowałem się nosząc je. Przetoż, gdy wyciągniecie ręce wasze, skryję oczy moje przed wami; a gdy rozmnożycie modlitwę, nie wysłucham; bo ręce wasze krwi są pełne.” (Izajasz 1, 11-15). W innym miejscu przeczytać można: „Prawy uznaje potrzeby swych bydląt, a serce nieprawych okrutne” (Ks. Przysłów 12, 10). W szabat zaś odpoczywać mieli nie tylko religijni żydzi, ale też wszystkie ich zwierzęta. To z Ks. Izajasza mamy też jedną z piękniejszych wizji Królestwa Niebieskiego, jak spełnienie najskrytszych wegańskich marzeń. Prawdziwy powrót do stanu niewinności z Edenu: „I będzie mieszkał wilk z barankiem, a lampart z koźlęciem będzie leżał; także cielę i szczenię lwie, i karmne bydła pospołu będą, a małe dziecię rządzić ich będzie. Krowa i niedźwiedzica społem paść się będą, a płód ich pospołu leżeć będzie, a lew jako wół plewy jeść będzie” (Izajasz 11, 6-7). Co dla jednych obrazem rozkoszy niebiańskich, dla innych druzgocącym obrazem nędzy i rozpaczy ziemskiej. Toż to straszniejsza zapowiedź dla mięsożerców niż przerażająca „Apokalipsa św. Jana”! Armageddon baranich kebabów, galaretowatych nóżek, tłustego smalczyku, wieprzowych schabików, wołowych zrazików, kurczakowych parówek, zajęczych jęczących pasztetów, indyczych roladek, gęsich wątróbek, sarnich bądź dziczych udźców, ozorów wołowych, wątróbek drobiowych, dziecięcych cielęcin, niewinnych jagnięcin, bezbronnej koźliny, mizernej koniny, móżdżków kurzych, płucków opłukanych, serdelków z sardeli, cynaderek zapiekanych, burgerów z łosia, filetów z łososia. Kres szynek, kaszanek, karkówek, kiełbas, mortadel i kabanosów z nosów! Zmierzch Boczków! Katastroficzna „Apokalipsa św. Mięsar-Jana”! Zagłada to świata znanego, gdy lew trawę żreć będzie... I tak będzie już wszędzie! Oby to proroctwo natchnione rychło się wypełniło...

Skoro to niejedzenie mięsa takie prawe i sprawiedliwe, na podbudowie biblijnej mocno osadzone, to czemu się w chrześcijaństwie jako dogmat bądź nakaz powszechny nie przyjęło? Jak pisze Sadhusangananda das, autor książki „Wegetarianizm w religiach świata”, w trudnych początkach chrześcijaństwa, gdy z marginalnej i tępionej „żydowskiej sekty” wyrastało w Cesarstwie Rzymskim na oficjalną religię państwową, dokonano wielu znaczących korekt w pierwotnym tekście biblijnym, usuwając z niego większość wegetariańskich odniesień. Wyczyszczono niemalże w całości prawdę o wegetariańskim (wegańskim?) rodowodzie człowieka i samego chrześcijaństwa, gdyż starano się dopasować nową religię do oczekiwań cesarza Konstantyna, wielkiego wielbiciela mięsnych smaków, a także pozyskać nowych wyznawców, dla których całkowita rezygnacja z mięsa i wina byłaby zbyt dużym wyrzeczeniem. Dlatego zastąpiono greckie słowa z oryginału, jak „pokarm”, „pożywienie”, „jeść”, „żywność” przekłamanym słowem „mięso”. Innym poważnym kiksem w tłumaczeniu było pomylenie „szarańczy”, którą rzekomo miał się posilać św. Jan Chrzciciel z poprawnym „chlebem świętojańskim” (owocami drzewa świętojańskiego), jadłem rozpowszechnionym w Palestynie. Autor książki podsumowuje więc dobitnie: „Groteskowym może wydawać się fakt, że pierwszymi, którzy odczuli owe zmiany byli sami gnostycy, wówczas jeszcze ściśle przestrzegający pism. Od tego momentu okrzyknięto ich heretykami i musieli zacząć się ukrywać. I tak np. cesarz Konstantyn kazał, aby wegetariańskim chrześcijanom wlewać do gardeł płynny ołów, tylko z powodu ich sposobu odżywiania się. Odtąd nikomu w obrębie Kościoła nie przyszło już do głowy propagowanie wegetarianizmu”. Do tego, aby we własnych oczach usprawiedliwić przelewanie krwi bezbronnych zwierząt dla folgowania swoim egoistycznym i drapieżnym instynktom, chrześcijanie zaczęli promować ideę jakoby „zwierzęta nie miały duszy”. Brylował w tym szczególnie niesławny św. Tomasz z Akwinu. Ten sam czcigodny ojciec Kościoła, który zapisał się w historii tak światłymi konceptami, jak ten że kobieta to zdeformowany mężczyzna, a także właśnie tym, że zarówno zwierzęta, jak i kobiety nie posiadają duszy. Uważał, że zasada miłosierdzia bliźniego odnosi się tylko do człowieka, bo przecież Bóg ostatecznie pozwolił zabijać zwierzęta na użytek ludzi. Wielce oryginalny wniosek, zważywszy, że do dziś w Dekalogu jak nic stoi „Nie zabijaj”, a nie „Nie zabijaj człowieka”.

Chrystus według Sadhusangananda das od początku odżywiał się roślinami, tak jak i towarzyszący mu apostołowie. Stawia odważną tezę, że „ryba” z oryginału, to nie ta sama „ryba”, którą znamy (a wielu zjada pod postacią takiego choćby „filecika”), tylko mylnie z nią skojarzona potrawa z glonów morskich, wegetariański specjał Wschodu, popularna w tamtych czasach w Babilonii. I właśnie to owo roślinne danie wraz z chlebem miał cudownie rozmnożyć Jezus, by nakarmić wiernych. W Ewangeliach trudno jest znaleźć ustępy w jakikolwiek niezbity sposób dowodzące, że Syn Boży jadł ryby czy mięso. Za to pojawia się informacja o chlebie i winie w trakcie Ostatniej Wieczerzy, a także o uschniętym drzewku figowym, z którego głodny Jezus chciał skosztować jego owocu, ale mu się to nie udało. W pamiętnym ataku furii, gdy wypędził ze świątyni handlujących w niej i wymieniających pieniądze bezbożników, ponoć wcale nie o to kupczenie tak naprawdę chodziło. Jezus dostał szału na widok ofiar z gołębi składanych w tym świętym przybytku. „Tedy wszedł Jezus do kościoła Bożego, i wygnał wszystkie sprzedawające i kupujące w kościele, a stoły tych co pieniędzmi handlowali, i stołki sprzedawających gołębie poprzewracał. I rzekł im: Napisano: Dom mój dom modlitwy nazwany będzie; aleście wy uczynili z niego jaskinię zbójców” (Mateusz 21, 12-13). „Jaskinię zbójców”, bo gołębie w niej bezlitośnie zarzynano. Zbawiciel odnosi się tu bezpośrednio do słów proroka Jeremiasza: „Azaż jaskinią łotrowską jest dom ten przed oczyma waszemi, który nazwany jest od imienia mego?” (Jeremiasz 7, 11). Chrystus jak widać wyraźnie brzydził się zabijaniem ptaków i nie pragnął wcale by mu w Domu Ojca tak barbarzyński hołd oddawano.

Jednym z najbardziej czułych i wzruszających wizerunków Jezusa jest jego przedstawienie jako „Dobrego Pasterza”. To jedno z najstarszych wyobrażeń Odkupiciela, czerpiące jeszcze z podobnych motywów pogańskich. Ukazuje ono Mesjasza przytulającego do piersi jagniątko, albo niosącego owieczkę na karku, czasem podąża za nim większe stadko. I to Jezus jako ów dobry pasterz ofiarowuje siebie w zamian za życie nawet najdrobniejszej, najnędzniejszej owieczki, by ją uratować. A nie odwrotnie. To nie zwierzę ma zostać brutalnie zamordowane w ofierze Bogu. Pomazaniec Boży przez swoją męczeńską śmierć na krzyżu ocalił od grzechu całe stworzenie. Nie tylko więc ludzi, ale też wszystkie zwierzęta, od najmniejszego robaczka do najdostojniejszego lwa. Naszych braci starszych, bo pierwszych przed ludźmi powołanych do życia. Pierworodnych Boga. „Jamci jest drzwiami: jeźli kto przez mię wnijdzie zbawiony będzie, a wnijdzie i wynijdzie, a pastwisko znajdzie. Złodziej nie przychodzi, jedno żeby kradł a zabijał i tracił; jam przyszedł, aby żywot miały, i obficie miały. Jam jest on dobry pasterz: dobry pasterz duszę swoję kładzie za owce” (Jan 10, 9-11). Jam przyszedł, aby żywot miały, i obficie miały...