POGRZEB ŻURU I ŚLEDZIA

01-04-2018

Nadchodzi wiosna. Może jeszcze nieśmiało niczym rozkwitający podlotek stawia niepewne kroki, wychyla pierwsze skromne pączki, ale nieuchronnie. Na gałązkach wielkanocnych bazi prężą się puchate kotki, a po piwnicach i podwórkach kotki się intensywnie kwietniują. Zmartwychwstanie natury po zimowym okresie martwoty. Bujność, płodność i obfitość to jej trzy cnoty boskie. Wiara, nadzieja i miłość wstępują w serca i lędźwie. 
Przynajmniej tego ostatniego życzyłoby sobie pewnie Ministerstwo Zdrowia, które parę miesięcy temu przygotowując grunt do mającego właśnie nastąpić rozpasania przyrody, wyemitowało wyjątkowy spot reklamowy. Trzydziestosekundowy klip, w którym po umajonej łączce wesoło kicają jurne króliczki, a sympatyczny prezenter zachęca nas, świadczeniodawców NFZ, do kicnięcia w ich ślady, czyli częstego... tego tamtego. -"Kto jak kto, ale my króliki wiemy, jak zadbać o liczne potomstwo. Chcesz poznać nasz sekret?" - mówi entuzjastyczny głos. Czy to aby na pewno jest taka wiedza tajemna? "So let's do it like they do it on the Discovery Chanel". Pamiętacie jaki miały napęd króliczki Duracella? Turbo doładowany popęd. 
Resort zdrowia starał się, byśmy i my tak ostro kicali. Chciał pewnie pomóc Polakom, gorliwym katolikom, w wypełnianiu boskiego planu, bo przecież to sam Stwórca w Księdze Genesis wzywa nas do jak najbardziej sumiennego wypełnienia obowiązku spółkowania: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną (...)" I to niezależnie od pory roku, a nie tylko od Wielkiej Nocy! 
Wiedziony podobnymi intencjami artysta Marek Sobczyk namalował kiedyś obraz pt. "Kury i koguty", który nawiązuje do wydarzenia Ostatniej Wieczerzy, ale zamiast apostołów wokół stołu umieszczone są koguty kopulujące z kurami. A ponieważ robią to niezmordowanie jajka piętrzą się na płótnie jak białe kuleczki wypadające non stop z maszyny losującej Lotto. Echo dawnych przedchrześcijańskich rytuałów płodności spotyka się tu z chrześcijańskim misterium Zmartwychwstania. -"Corocznie odradzamy się i codziennie na ołtarzu giniemy" - można przeczytać komentarz do tej pracy na stronie internetowej malarza. 
Kury i koguty z pewnością, a także inne zwierzęta, w tym krowy, świnie, kozy, owce, zabijane masowo na ołtarzu ludzkiego egoizmu. Ciągle odradzają się taśmowo na niekończącej się lini produkcyjnej kurzych ferm przemysłowych. Kury przeznacza się do dalszego rozpłodu, kogutki skazane są na szybką śmierć. Parę lat temu tuż przed Wielkanocą wybuchł skandal, bo aktywiści Otwartych Klatek ujawnili, w jak fatalnych warunkach hodowane są kury na jednej z największych tego typu ferm przemysłowych w Polsce. Zebrane przez nich materiały porażały wstrząsającą prawdą o powszechnym wobec tych bezbronnych istot procederze przycinania im dziobów, stłoczenia na niewystarczajacej do życia powierzchni klatek, o krytycznym stanie ich zdrowia, braku podstawowej opieki weterynaryjnej, o wydziobanej, poranionej skórze. Wielu ludzi dopiero wtedy dowiedziało się, jak naprawdę wygląda produkcja jajek. Wielu było tak wstrząśniętych, że zadeklarowało rezygnację z ich spożywania, czy wręcz przejście na całkowity weganizm. 
Jajko to ponoć uniwersalny symbol życia i odradzających się sił natury. Mnie przede wszystkim przypomina o tym, jak krótkie, ciężkie i przerażające jest życie tych, które je z siebie siłami natury wydały na świat. 
Od lat osiemdziesiątych co roku w okresie przedwielkanocnym na rzeź do Włoch jeżdżą też jagniątka z Podhala. Włosi wprost kochają celebrować świąteczną ucztę baranka daniami przyrządzonymi z młodych owieczek. W końcu baranek został złożony w ofierze, czyli trzeba się poświęcić i go zjeść, by się nie zmarnował. Według danych producentów tego mięsa Włosi spożyją w czasie Świąt Wielkanocnych łącznie osiemset tysięcy jagniąt. 
Ostatnio pojawiło się jednak niewyraźne światełko w tunelu. Konsumpcja jagnięciny i koźliny z roku na rok spada, a krajanie mistrza Leonarda coraz częściej zastępują tradycyjne mięsne potrawy wegetariańskimi bądź wegańskimi. Dopiero co władze Neapolu ogłosiły też całkowity zakaz wystawiania w witrynach sklepów rzeźniczych i na straganach ciał martwych zwierząt. Głównym powodem tej decyzji była troska o to, by dzieci nie musiały być narażone na tak drastyczne widoki, co negatywnie odbiłoby się na ich zdrowiu psychicznym i rozwoju emocjonalnym. 
Za to w polskim tradycyjnym menu wielkanocnym królowały niegdyś pieczone w całości nadziewane kaszą prosięta i tzw. głowizna, czyli zamarynowana, faszerowana i upieczona cała głowa świńska, podawana na stół z jajkiem w ryjku. Jak dowcipnie! Jak trafnie! Jak okolicznościowo! Martwa świnia z równie martwym symbolem życia w pyszczku. Martwe życie, któremu nie dana jest nadzieja zmartwychwstania. W końcu Polak nie baran, mięso jeść musi. 
W dawnych czasach mękę postu i oczekiwanie na wielkanocną sutą wyżerkę umilano sobie zabawą nazywaną "pogrzeb żuru i śledzia". Garnek z żurem zmieszanym z rozmaitymi odpadkami oraz rybi szkielet wieszano na drzewie, a następnie je strącano i jak najdotkliwiej obijano i znieważano. Symbolicznie w ten sposób żur uśmiercano. Bo zupa była bez mięsa.

Korzystałam z książki Barbary Ogrodowskiej, "Polskie obrzędy i zwyczaje".

Link do strony Marka Sobczyka i jego obrazu "Kury i koguty": http://mareksobczyk.pl/mal…/kury-i-koguty-hens-and-roosters/