O ANIOŁKACH, MALINOWEJ MUFINCE I ZAKONIE PRZENAJŚWIĘTSZEJ ZYGOTY

09-04-2018

W mieście Głogów na Dolnym Śląsku stoi pewien monument, przywołujący dramatyczne zdarzenia z historii. Nazywa się Pomnik Dzieci Głogowskich i upamiętnia średniowieczną bitwę w obronie tego grodu stoczoną przez oddziały jego mieszkańców w 1109 roku przeciwko wojskom niemieckich najeźdźców dowodzonych przez cesarza Henryka V. Aby złamać hart ducha Polaków, niemiecki cesarz rozkazał przywiązać zakładników, w tym dzieci grodzian, do machin oblężniczych, spodziewając się, że obrońcy nie chcąc narażać swoich bliskich poddadzą osadę. Bohaterscy mieszkańcy postanowili jednak poświęcić życie swoich dzieci i krewnych dla chwalebnej sprawy. Na kamiennej głogowskiej płycie wyryto po polsku i łacinie znamienny cytat z kroniki Galla Anonima: „Lepiej będzie i zaszczytniej jeśli zarówno mieszczanie jak zakładnicy zginą od miecza za ojczyznę niż gdyby kupując zhańbiony żywot za cenę poddania grodu mieli służyć obcym”.

Jak widać czasem trzeba złożyć siebie w ofierze, swój ból i cierpienie, mękę patrzenia na kaźń własnych dzieci, aby wyższe zasady duchowe odniosły zwycięstwo. Jak Jezus zmartwychwstały triumfujący swym ponownym przyjściem nad grzechem i śmiercią. Niczym cywilizacja życia pokonująca cywilizację śmierci. Jak chrześcijańskie wartości i szacunek dla (każdego?) istnienia biorący górę nad dzisiejszym zepsuciem i przyzwoleniem na rzeź „nienarodzonych”.

Niesławny prof. Bogdan Chazan został poproszony parę dni temu przez redakcję OKO.press o komentarz do artykułu dr Pauliny Łopatniuk, patomorfolożki, która w tym serwisie internetowym opublikowała pod koniec marca swój tekst naukowy „Bezocze, mózg poza czaszką, zarośnięcie przełyku. „Brzydkie dzieci” z wadami wrodzonymi, które trzeba będzie rodzić”. Stwierdził, że opisane w nim ciężkie schorzenia płodu, jak zaśniad groniasty, cyklopia czy wynicowanie mózgu to nic innego jak „epatowanie wadami, wykrzywianie rzeczywistości”. Odnosząc się do stanowiska redakcji skwitował: „Dlaczego chcemy wyeliminować cierpienie z życia ludzi? Cierpienie – czy to fizyczne czy psychiczne – jest naszym nieodłącznym towarzyszem. Jesteśmy w Wielkim Tygodniu i powinniśmy czerpać z lekcji, jaką dał nam Pan Jezus”. Pan profesor dobrze wie, co mówi. To on parę lat temu niczym nieugięty rzymski sędzia Poncjusz Piłat wydał wyrok zgodny ze swoim sumieniem na rodziców dziecka dotkniętego poważnymi wadami genetycznymi. Odmówił matce dokonania legalnej aborcji ze względu na rozległe uszkodzenia płodu, w tym bezczaszkowie. Jego sumienne sumienie miłosiernego chrześcijanina skazało parę na gehennę obserwowania agonii nieuleczanie chorego, zdeformowanego i niedorozwiniętego fizycznie synka. Dziecka, które nie miało najmniejszych szans na przeżycie i które ze względu na odmowę zabiegu wydaną matce urodziło się tylko po to, by skonać w mękach. By cierpieć, jak przystało chrześcijaninowi. Jednak inaczej niż Piłat lekarz „rąk nie umył” od sprawy, tylko z świątobliwą nadgorliwością i niedelikatnością wepchnął je brutalnie w łono matki. Ma więc na nich jej krew.

Bogdan Chazan, Kaja Godek, Wojciech Cejrowski, Robert Winnicki oraz wielu wielu innych im podobnych, nieugięta armia Chrystusowych krzyżowców, stróżów dobrego prowadzenia się polskich macic i babysitterów „kwilących zygot”. Na wiecznej świętej wojnie z prawami człowieka i prawami reprodukcyjnymi polskich kobiet. Sami siebie nazywają „pro-liferami” lub „obrońcami życia”. Przeciwnicy mówią o nich pogardliwie „zygotarianie” (Zakon Czcicieli Przenajświętszej Zygoty, Matki Komórki Jajowej zawsze Jajecznicy, Ojca Plemnika Wszechzapładniającego, Syna Embrionalnego i Ducha Płodowego). Albo nieco bardziej formalnie „przedstawiciele ruchu anty-choice”.

Ja nazwałam ich kiedyś Obrońcami Nadużycia Wobec Cudzego Życia, a ostatnio „pro-płodowcami”. Te określenia wydają mi się znacznie bardziej trafne, ponieważ wbrew temu jak oni sami siebie postrzegają, nie są zupełnie po stronie „całego życia”. Parafrazując słynne feministyczne hasło Zofii Nałkowskiej wcale „Nie chcą całego życia”. Nie walczą w obronie życia zwierząt tzw. „hodowlanych”, krów, świń, kóz, owiec, jagniąt, kur, kogutów, ryb i wielu innych, zabijanych co roku na całym świecie w liczbie kilkudziesięciu miliardów. Tak, dokładnie, ponad sześćdziesięciu miliardów rocznie, oczy Was nie mylą. Tyle „zwierząt jadalnych” ginie co roku z ręki człowieka. Nic w ich postulatach nie znajdziemy też na temat zlikwidowania ferm futrzarskich i zakazu obdzierania zwierząt ze skóry. Nie pikietują pod rzeźniami, fermami przemysłowymi czy cyrkami wykorzystującymi haniebnie dzikie zwierzęta. Mało tego, wyrażają się często bardzo pogardliwie i bezdusznie o zwierzętach. To „lewaki” przejmują się „zwierzątkami”, a „dzieci nienarodzone” pozwalają zabijać! Jeden z grzeczniejszych wpisów w temacie z zygotariańskiego fp: „Nowoczesna lewica chce być humanitarna, musi ratować pieski, kurczaki, krowy, świnki, a własne dzieci chce mordować. To się w głowie nie mieści w jakich my czasach żyjemy i że w tym świecie takie rzeczy są normalne”. Nie obchodzą ich inne niewątpliwe formy życia, jak wirusy, bakterie, pleśnie, grzyby czy roztocza. Mrówki, chrabąszcze, pająki, biedronki, szczypawy, koniki polne również nie mieszczą się w ich świętym „kręgu życia”. Nie trzymają transparentów z napisem „Poświecę się zaawansowanemu czerniakowi!”czy „Ratujcie nowotwory!”(jak zabawnie ujął to kiedyś świętej pamięci George Carlin). Co zaskakujące, ich ruch nie ma „weganizmu” czy chociaż „wegetarianizmu”na sztandarach. Choć, OK, na pewno sporadycznie i pojedynczo zdarzają się wśród nich osoby wege, ale nie jest to częścią ich ideologii jako „obrońców (mocno wybiórczego) życia”, a przecież powinno, żeby było uczciwie. I co gorsza nie interesują się dziećmi... tymi już urodzonymi, czującymi, w pełni świadomymi. Tylko „dziećmi nieistniejącymi” - metaforami paradoksalnymi bardziej niż żywymi istotami - tymi „poczętymi”, „nienarodzonymi”, „niepokalanymi”. Kobiety najczęściej są dla nich tylko pojemnikiem na płód, bioorganicznym inkubatorem. Baterią zasilającą i podtrzymującą embrion do czasu aż jako w pełni ukształtowany i „doładowany” organizm wychynie z nich na zewnątrz. Nie, życie kobiet z pewnością nie jest dla nich świętością. W razie jakichkolwiek problemów w trakcie ciąży bez cienia wątpliwości wybiorą przetrwanie płodu, a nie kobiety. Co w sumie – pomijając oczywiście aspekt etyczny - do pewnego stopnia jest nawet wbrew logice, bo płód bardzo długo nie jest w stanie sam przetrwać poza organizmem żywicielki. Jeśli więc ona zginie, on razem z nią. Zaś jeśli on przestanie istnieć, ona zwykle może żyć dalej, a nawet wielokrotnie w przyszłości zachodzić w ciążę do momentu zaniku miesiączki i owulacji.

Dlaczego więc zawsze rygorystycznie przedkładają płód nad kobietę? Można by więc zapytać z ogromnym zdziwieniem. Skoro z racjonalnego punktu widzenia trudno to ogarnąć, musi chodzić o jakiś inny punkt widzenia. Czyżby o myślenie w kategoriach religijnych? No bo patrzcie. Skoro taki ksiądz Michał Tunkiewicz, wykładowca Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego (sic!), w trakcie pseudonaukowej konferencji „Porozmawiajmy o życiu ”, która odbyła się pod koniec marca w Olsztynie, mówił, że: „komórka jajowa to nowe życie”, to co dopiero taki rozwijający się dynamicznie w czasie kilkumiesięczny płód, a nawet wielokomórkowa blastocysta? Kościół katolicki głosi przecież, że życie człowieka zaczyna się od momentu poczęcia (mimo że obiektywnie nie istnieje coś takiego jak „moment poczęcia”, a nawet samo zapłodnienie to proces trwający do kilkunastu godzin, nie mówiąc już o przemieszczeniu się zapłodnionej komórki z jajowodu do macicy i zagnieżdżeniu się w jej ściance, co następuje zazwyczaj po kilkunastu dniach od wniknięcia plemnika do komórki jajowej...). Trzeba więc przyznać, że ksiądz prof. Tunkiewicz jest znaczniej bardziej postępowy niż katechizm. Ciekawe, czy do swoich plemników podchodzi równie empatycznie jak do komórki jajowej i po zgonie każdego z nich daje im ostatnie namaszczenie oraz urządza katolicki pochówek?

Idąc tym tropem, szybko można dojść do wniosku, że „komórka jajowa” to „mama”, „plemnik” to „tata”, a „świeżo zapłodniona komórka jajowa” to już „dzidziuś”, „aniołek”, „skarb”, „maleństwo”. A taka macica to np. ich wspólny „domek” ? Do pełni sielanki tylko „kotka” lub „pieska” tam brak. I jak się wchodzi na strony anty-choice, to widać jak bardzo szybko i głęboko następuje u osób anty-choice właśnie taka projekcja swoich infantylnych, baśniowych wręcz fantazji o „aniołku” i „słoneczku” na organizm, który tak naprawdę z punktu widzenia biologii jest tylko zygotą, embrionem lub płodem, pozbawionym w pełni rozwiniętych narządów, czucia i świadomości własnego istnienia. Przypomnę, że płód nie może odczuwać bólu co najmniej do 24. tygodnia ciąży. Przebywa w macicy w stanie hibernacji. OK, nie mam nic przeciwko, że „prolajfersko” nastawiona ciężarna w 8. tygodniu upragnionej ciąży gada ze swoim brzuchem, czule go głaszcze i mówi do swojego pępka „misiu”, „maleńka” czy „Jasiu”. To zrozumiałe, w końcu jest bardzo szczęśliwa i oczekuje narodzin wymarzonego potomka. Gorzej tylko, gdy zapomina, że to tylko jej „życzeniowa macierzyńska wizja” tego, co prawdopodobnie nastąpi w przyszłości, a czego racjonalnie jeszcze przecież w takiej konkretnie postaci nie ma. Myślę, że to właśnie jest podstawowy problem w porozumieniu między osobami pro-choice a anty-choice. Pierwsi mówią o „zygotach” i „płodach” , drudzy o „Jasiu” i „Małgosi”. Pierwsi z poziomu rozumu, drudzy z poziomu lukrowanych jak różowa malinowa mufinka dziecinnych emocji... Jedni z poziomu „świeckiego”, inni zazwyczaj z poziomu „katolickiego”. Jedni posługują się słownictwem obiektywnym, drudzy skrajnie subiektywnym. Przypomina mi to bardzo sytuację, w której za aktorką Małgorzatą Kożuchowską biegła po ulicy jakaś rozentuzjazmowana fanka i krzyczała: „Hanko, Hanko Mostowiak, poczekaj na mnie!” (sic!) Okazuje się, że aktorzy nagminnie przerabiają w Polsce takie przypadki. Wyskakują rano do kiosku po gazetę, a tu zaraz jakiś admirator uprzejmie wita się z nimi ich serialowym imieniem. Mało tego, udziela nawet porad na temat ich „ekranowego życia” jak bliski przyjaciel od serca! Pomijając ludzi ewidentnie psychicznie zaburzonych, skąd biorą się pozostali z takim „rozszczepieniem jaźni”, tego doprawdy nie wiem...

No i niestety anty-choicowcy najczęściej wykorzystują to swoiste „marzycielskie przeniesienie”, uczłowieczenie płodu, któremu ulegają, do manipulowania przekazem dotyczącym aborcji i wywierania presji psychicznej na osobach myślących inaczej. Na ich stronach aż roi się od rysunków, grafik, memów przedstawiających sytuację niemożliwą do zaistnienia z punktu widzenia racjonalnego, ale jak najbardziej mieszczącą się w ich zazwyczaj „magiczno-religijnym” odbiorze zjawisk. I tak np. widziałam obrazek, na którym prostą kreską narysowano postać idącej kobiety, występnej matki-aborcjonistki, a za nią malutkiego drepczącego stworka – takiego „płodzika” - z wyrzutem mówiącego do niej: „Mamo, mam nadzieję, że już sobie urządziłaś jakoś życie?”. Oczywiście, „matka” narysowana jako skruszona grzesznica, świadoma ostatecznie wagi swego występku, nieco skulona, a „płodzik” jako wzbudzający sympatię mini Pokemon. Całość jest kompletnie absurdalna i dla mnie nawet nieco śmieszna. Martwy abortowany płód powraca na ziemię, by niczym ponownie ożywiony (wskrzeszony?) mściciel objawić się swojej dawnej, choć nawróconej prześladowczyni. Tylko dla tych co wierzą w horrory, albo „aniołki patrzące na nas z góry” (w tym przypadku nawet z dołu, z poziomu podłogi). Jednocześnie fakt, że ta groteskowa ilustracja powstała wyłącznie po to, żeby gnębić kobiety z doświadczeniem aborcji albo osoby opowiadające się za prawem do wyboru, wpędzać ich w fałszywe poczucie winy, jest jednak mocno wpieniający. I po prostu strasznie perfidny. Podobny cel przyświecał zapewne pro-płodowej piosence, gdzie znowu abortowany płód w cudowny sposób powraca z martwych i roztkliwiającym dziecięcym głosikiem śpiewa ze smutkiem tak: „Dlaczego mnie nie chciałaś, mamo? Mych oczu niebieskich i włosów jak słońce.” I dalej jest coś o niechcianych nóżkach, które mogły biegać po łące, a nie biegały, bo niechciane...la la la... Jak dla mnie prawdziwy hit to jednak możliwość adopcji duchowej... dziecka poczętego. Zajmują się tą szlachetną działalnością warszawscy ojcowie paulini. Wchodzicie na stronę www i tam macie taki specjalny formularz z treścią przysięgi, który musicie wypełnić, podpisać i wcielić w życie. I już zostaliście rodzicami zastępczymi „płodu nienarodzonego”! Sprawnie i bez zbędnych formalności. Wystarczy przez dziewięć miesięcy codziennie odmawiać różaniec za swoje „dziecko poczęte”, w intencji tego, żeby matka go nie usunęła, można też pościć lub spełniać jakieś inne dobre uczynki. A czy Ty już adoptowałaś/-eś duchowo swoje dziecko poczęte?

Inną powszechną manipulacją jest też mówienie o płodzie zawsze z perspektywy końca ciąży, z ostatniej fazy jego rozwoju, gdy już powoli można go uznać za niemowlę. Cały długi dziewięciomiesięczny okres ciąży zostaje tu skrócony właściwie do momentu zapłodnienia, a za chwilę hop! Szybki przeskok w czasie. I mamy już kompletnie uformowane „niewinne dziecko”, po które swą nikczemną łapę wyciąga zdeprawowany ginekolog psychopata. Dzięki temu łatwiej jest naciskać na najbardziej tkliwe uczucia, wywoływać w mózgu obrazy żyjącego dziecka, a także litość i współczucie dla „biednej odrzuconej przez mamusię istotki”, którą bezduszni szatańscy aborterzy bezlitośnie eksterminują. Właściwie większość osób anty-choice w taki sposób opowiada o „ochronie tych najbezbronniejszych”. Nagminnie takimi kalkami pojęciowymi posługuje się Kaja Godek, w tym dodatkowo wyjątkowo podle używa określeń „dziecko niepełnosprawne” bądź „dzieci niepełnosprawne”, szczując tym samym osoby żyjące z zespołem Downa i ich rodziny na przedstawicieli środowiska pro-choice. Na zasadzie kodowania im skojarzeń lub wręcz dosłownego wmawiania, np. czegoś takiego:”Patrzcie, oni Was nie chcą. Nie chcieli, żebyście się urodzili. Nie lubią Was, wręcz nienawidzą. Uważają za zbędny ciężar. Cieszyli by się, gdybyście się nigdy nie urodzili! Zabili pełno takich słodkich niewinnych dzieci z zespołem Downa jak Wy! To pozbawieni skrupułów mordercy dzieci!” Znam matkę, która na podobnej zasadzie lata całe nastawiała negatywnie swoje dzieci do każdej osoby, z którą weszła w jakiś konflikt, w tym nawet do najbliższych członków ich rodziny. „Patrz, babcia Cię nie kocha, babcia ma Cię gdzieś, bo babcia Cię nie chce zabrać jak resztę Twojego rodzeństwa!”, potrafiła sączyć jad dzieciom, gdy owa babcia odmawiała zajęcia się wszystkimi wnuczkami, bo przekraczało to jej siły. Nie przejmując się zupełnie tym, że odbiera w ten sposób swoim pociechom poczucie bezpieczeństwa i niszczy ich samoocenę, wplątywała je cynicznie w swoje własne rozgrywki z innymi dorosłymi. Niczym wspomniany na początku cesarz Henryk V każący przywiązać do machin oblężniczych dzieci głogowian, wystawiała swoje własne dzieci zawsze na pierwszą linię ataku, by odbierały ciosy, które nie dla nich, a dla niej były przeznaczone. Na tej samej zasadzie właśnie działają szykany ruchu anty-choice. Chodzi o wzbudzanie nienawiści i niezrozumienia między osobami z niepełnosprawnościami a osobami pro-choice. Wystarczy wmówić tym pierwszym, że byli już dokładnie takimi samymi ludźmi w rozwoju płodowym jakimi są teraz, aby zaczęli uznawać pro-choicowców za osoby im wrogie, czy wręcz nastające na ich życie! Wyjątkowo wyrachowana, ale też skuteczna strategia pozyskiwania sobie oddanych sojuszników spośród chorych z zespołem Downa i ich bliskich przeciwko zwolennikom prawa kobiet do decydowania o własnym ciele. Nie pierwszy to już raz Godek opowiadała, jak jakiś dorosły z zespołem Downa ze łzami w oczach zbierał podpisy pod jej projektem „Zatrzymaj aborcję”, bo nie chce, żeby dłużej mordowano w Polsce takich ludzi jak on (!!!). Godek co znamienne lubi też operować metaforami zrównującymi ruch pro-choice z nazistami, Hitlerem, a aborcję z Holocaustem. Jak można w tak bezczelny i bezlitosny sposób krzywdzić psychicznie ludzi z zespołem Downa czy innymi poważnymi chorobami genetycznymi, którzy i tak z racji swoich schorzeń zmagają się na co dzień z wieloma trudnościami? Do tego insynuują im, że to właśnie pro-choicowcy mówią niepełnosprawnym takie podłe rzeczy, gdy przecież cały czas to właśnie oni i to publicznie w mediach rozsiewają taki zjadliwy przekaz, by poróżnić ludzi.

Projekt (anty)obywatelski „Zatrzymaj aborcję”, którego pełnomocniczką jest Godek, to utopia, mission impossible, płód poroniony. I myślę, że ona o tym doskonale wie. Aborcji w Polsce nie da się ani zatrzymać, ani realnie ograniczyć, nie uda się tego zrobić nigdzie na świecie, nawet w Salwadorze, gdzie kobiety karane są więzieniem za spędzanie płodu (przy okazji, tego domagała się dla Polek również Godek, wspierając odrzucony po czarnym proteście w 2016 roku wcześniejszy projekt „Stop aborcji”). Legalnych aborcji w Polsce jest co roku około tysiąca. Jeśliby jakimś cudem „Zatrzymaj aborcję” przeszło, do czego mam nadzieję, że jednak nie dojdzie (posłowie PIS ze zrozumiałych względów wcale się do tego nie palą), spowodowałoby to tylko oficjalne zlikwidowanie aborcji właśnie ze względu na wady genetyczne. Biorąc pod uwagę, że wszystkich jest tysiąc, to skromniutko jak na tak szumnie ogłaszaną batalię z „cywilizacją śmierci”. A co z podziemiem aborcyjnym, w którym według przybliżonych szacunków dokonuje się rocznie w Polsce około 80. do nawet 200. tysięcy zabiegów? Jak Kaju Godek zatrzymasz to istne tsunami aborcji?

Godek i jej Fundacja Życie i Rodzina nie walczą jakoś o całkowity zakaz aborcji, czyli też w dwóch pozostałych przypadkach, gdy ciąża jest wynikiem czynu zabronionego lub zagrożone jest życie i zdrowie matki. W takim kontekście nieco sztucznie brzmią jej zapewnienia o całkowitym oddaniu idei „pełnej ochrony życia”. Czy płody poczęte w wyniku gwałtu lub noszone przez umierające matki nie zasługują na życie tak samo jak te z zespołem Downa i innymi wadami? Znacznie bardziej przekonująco wypadła by, gdyby bardziej mimo wszystko zażarcie zawalczyła o całkowity zakaz aborcji. Albo przynajmniej podjęła taką próbę. Bo jeśli ktoś powołuje się na przesłankę etyczną, a jednocześnie podchodzi do niej wybiórczo, to trochę jakby podcinał gałąź, na której siedzi. Podobnie bardzo słabo wypada forsując szczególne traktowanie zespołu Downa. Stale argumentuje, że nie można pozwolić na takie cierpienie, ale nie ma nic przeciwko skazywaniu na cierpienie płodów obarczonych tak poważnymi mutacjami, że nie posiadającymi mózgu, z rozszczepem kręgosłupa, z sercem lub organami na zewnątrz niedorozwiniętego ciałka. One na pewno umrą i to w dotkliwych męczarniach. A nie wszystkie matki będą w stanie psychicznie przejść przez takie piekło, choć jeśli projekt Godek przejdzie, nie będą mogły jak dziś same o tym zadecydować. Zostaną przez projekt Godek zmuszone do donoszenia takich ciąż. Ta obrończyni bardzo selektywnie rozumianego życia dużo w telewizji mówi o dyskryminowaniu tzw. „dzieci nienarodzonych”, a jednocześnie homoseksualność nazywa dewiacją. Nie widzi w tym żadnej sprzeczności. W trakcie programu Moniki Olejnik „Kropka nad i”, gdzie wystąpiła razem z posłanką Nowoczesnej Joanną Scheuring-Wielgus, kilkakrotnie zaprzeczała faktom, gdy te jej nie odpowiadały. Nazwała możliwość wyboru aborcji, do której miała prawo jako nosząca płód z zespołem Downa, „wydaniem wyroku śmierci” na jej chore dziecko. Gdy zwrócono jej uwagę, że wyrok śmierci wydano by wtedy, gdyby została zmuszona do usunięcia swojej ciąży wbrew własnej woli, weszła w polemikę, nie przyjmując racjonalnej argumentacji.

Jeśli więc jej projekt nie zatrzyma aborcji, bo nie może, to o co tak naprawdę chodzi? O to, co zawsze. O płytko rozumianą moralność. O to, żeby Polska nadal pozostała choćby i fasadowym przedmurzem chrześcijaństwa. O to, żeby śmieci można nadal było spokojnie zamiatać pod dywan i żeby się spod tego dywanu nie wysypywały na cały dom.

W 1975 roku Simone Veil, francuska minister zdrowia w konserwatywnym rządzie Valery'ego Giscarda d'Estainga, przeforsowała wprowadzenie prawa do aborcji na żądanie dla francuskich kobiet. Osobiście, podobnie jak Kaja Godek, była przeciwniczką przerywania ciąży, ale uznała, że niemoralne jest, aby nadal istniało prawo zakazujące aborcji, którego nie można wyegzekwować i które jest obrazą dla państwa prawa. Pełne hipokryzji udawanie, że problem aborcji nie istnieje, było dla niej znacznie gorsze do zniesienia niż bycie wierną wyznawanemu przez siebie prywatnemu światopoglądowi. Postawa prawdziwej pełnej miłości bliźniego chrześcijanki, która dla dobra ogółu potrafi wznieść się nawet ponad swój własny interes. Mam nadzieję, że taka moda francuska powróci jak najszybciej na polskie wybiegi. I że tu w końcu też kiedyś będzie pod tym względem Francja elegancja.