JAJKO TO NIE JEST KURA!

03-04-2018

Na skórze nosiła żelazny pas nabijany ostrzami, które tak raniły jej ciało, że zdjęcie go bez okaleczenia nie było możliwe. Jakby to nie wystarczyło, obwiązywała się też ciasno sznurami i łańcuchami. Wyryła sobie imię "Jezus" na piersiach, a gdy ta szrama się zagoiła, ponownie wypaliła ją świecą. Własną krwią wykonała napis chwalący Boga. Całowała gnijące wrzody i zaropiałe zmiany chorych, którymi się opiekowała. Wciąż obsesyjnie myślała o cierpieniu i tylko w zadawaniu sobie fizycznej udręki odnajdywała radość. Czy to opis objawów jakiejś poważnej choroby psychicznej z karty pacjentki szpitala psychiatrycznego? Nie, to świadectwo chrześcijańskiego życia, jakie prowadziła XVII-wieczna zakonnica Małgorzata Maria Alacoque, święta czczona do dziś w Kościele katolickim. Zasłynęła również wizjami, w których ukazywał się jej Jezus z gorejącym skrawionym sercem, a zapis rozmów świętej ze Zbawicielem niejednokrotnie przypomina perwersyjną relację męskiego oprawcy i współuzależnionej od jego przemocy sfiksowanej seksualnie ofiary.

Zresztą nie tylko ona gustowała w takim nabożnym BDSM-ie. Od przykładów okrutnych umartwień, którym z ekscytacją poddawali się święci i mistycy chrześcijańscy, roi się jak od much na zepsutym mięsie w całej długiej historii Kościoła. Taki Finnchua, irlandzki święty, przez siedem lat wisiał na żelaznych kajdanach, przeciągniętych pod pachami, bo w ten sposób starał się o zapewnienie swojej duszy zbawienia w niebie. Biczowali się zapiekle, tak że krew lała się hektolitrami, a skóra na zawsze pokrywała bliznami, św. Katarzyna ze Sieny, św. Bernard z Clairvaux, św. Mikołaj z Tolentino, św. Małgorzata z Kortony i wielu wielu innych.

Bo dobry chrześcijanin musi cierpieć straszne fizyczne męki, by jego dusza się zahartowała w pobożności niczym stal zanurzana to w buchającym ogniu, to w lodowatej wodzie. Nie inaczej rzecze Pismo, a właściwie św. Paweł głosi w liście do Rzymian: "Albowiem jeślibyście według ciała żyli, pomrzecie; ale jeślibyście Duchem sprawy ciała umartwili, żyć będziecie" (Rzym. VIII, 13). Ciało musi być więc zmartwione, żeby dusza się cieszyła. Obu pogodzić się nie da. Apostoł jeszcze do-bitniej uzmysławia to wyznawcom w liście do Hebrajczyków: "Albowiem kogo Pan miłuje, tego karze, a smaga każdego, którego za syna przyjmuje. Jeśli znosicie karanie, Bóg się Wam ofiaruje jako synom; albowiem któryż jest syn, któregoby ojciec nie karał?" (Hebr. XII, 6-7). Wielu naszych posłów skwapliwie by przecież potwierdziło, że dzięki czułym ojcowskim razom na tak dobrych ludzi wyszli, że aż do Sejmu zawędrowali, no nie? Dość dodać, że do dziś tak miłosierna chrześcijańska z ducha organizacja jak Ku Klux Klan, organizator niejednego "białego piątku" w prześcieradłach i spiczastych kapturkach, powołuje się na podobne wersety z Biblii, by wychowanie swoich dzieci przy pomocy rózgi i klapsów uzasadnić.

Szczególne miejsce w sercu Stwórcy musiały z pewnością zajmować niewiasty, ponieważ dla nich obmyślił wyjątkowo trafnie do ich płci dopasowane cierpienie. Znane wszystkim matkom, no może poza Matką Boską, uroki rozdzierających bólów porodowych. -"Obficie rozmnożę boleści twoje, i poczęcia twoje; w boleści rodzić będziesz dzieci, a wola twa poddana będzie mężowi twemu, a on nad tobą panować będzie" (Genesis, III, 16). Cierpiąca i pokorna sługa Pana (męża) swego. Ot, i nie zagłębiając się bardzo w grube tomiszcze biblijne ideał chrześcijańskiej kobiety - poniżonej żony i udręczonej matki. Innych ról dla białogłów poza tymi nie przewidziano.

Obecnie w Polsce gorliwie stara się ten chwalebny wzorzec wcielać w życie Fundacja Życie i Rodzina, której najbardziej rozpoznawalną twarzą jest Kaja Godek. Właściwie można rzec, że tu nawet znacznie bardziej wybiega się z proponowanym Polkom pakietem ekskluzywnych kaźni macierzyńskich niż wykombinował to sam Pan Bóg. Już nie tylko Polki mają w bólach rodzić. Przeraźliwym bólem ma się stać dla nich cały okres ciąży, w przypadku gdy przyszłe matki wiedzieć będą, że nieuleczalnie chore i skazane na rychłą śmierć w męczarniach dzieci zmuszone będą wydawać na świat. Bo przecież to właśnie przewiduje obywatelski projekt "Zatrzymaj aborcję", którego pełnomocniczką jest właśnie Godek. Zakaz usuwania ciąży, gdy płód jest uszkodzony, obumarły w łonie albo umrze po wydostaniu się z łona. Czyli w przypadku większości wykonywanych dziś legalnie zabiegów przerywania ciąży, które bardzo często i tak trudno jest wyegzekwować. Nieważne, że 42% Polaków jest za liberalizacją obowiązującej ustawy antyaborcyjnej z 1993 roku, która i tak już należy do najbardziej restrykcyjnych w Europie. Nieistotne, że za zaostrzeniem, czyli postulatami Godek, opowiada się jedyne skromne 8 % Polaków. Kobiety w Polsce muszą cierpieć, bo tego domaga się Bóg, którego wyznaje Kaja Godek i jakieś jedyne ponad 30 % Polaków. To liczba osób aktywnie uczestniczących w życiu Kościoła katolickiego, po odliczeniu „wierzących nie praktykujących”, „katolików okazjonalnych” (czyli takich, którzy pojawiają się w Domu Bożym tylko, jak mają do Boga jakiś interes, czyli ślub, komunię, pogrzeb, chrzest itd.) oraz ateistów, wyznawców innych kultów i duchowo niezrzeszonych. Zresztą, nie oznacza to wcale, że prawowierni polscy katolicy wszyscy jednym głosem skandują za projektem „Zatrzymaj aborcję”. Wielu z nich uważa, że Pan po to dał człowiekowi rozum i wolną wolę, by kobieta sama mogła zdecydować. Ale każda kobieta za siebie, a niekoniecznie Godek za nie wszystkie.

Obecna ustawa nie bez powodu nosi nazwę „O planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży”. Jak się coś planuje, to znaczy że tego jeszcze nie ma. Nie użyto też nazwy innej niż „płód ludzki”, bo dziecka również jeszcze nie ma... W środowiskach pro-płodowych z premedytacją używa się jednak niezgodnych z faktyczną wiedzą medyczną na temat rozwoju biologicznego człowieka określeń „dziecko”, „dziecko poczęte”, „dziecko nienarodzone”, które mają na celu wyłącznie wywołanie silnego efektu emocjonalnego, w tym szczególnie poczucia winy w kobietach, które by choć przelotnie rozważały usunięcie ciąży.

Godek w swoich ostatnich medialnych wystąpieniach posługuje się ze szczególną lubością zwrotem „dzieci niepełnosprawne” bądź „dziecko niepełnosprawne”, mając na myśli przede wszystkim płody obarczone wadą trisomii 21, która to odpowiada za powstawanie zespołu Downa. To wydaje mi się wyjątkowo podłą słowną manipulacją, uderzająca zarówno w osoby planujące aborcję, jak i te żyjące z zespołem Downa oraz ich rodziny. Według Godek aborcje tego typu w Polsce dotyczą przede wszystkim płodów z tą właśnie mutacją. Tylko że to również nie jest prawdą. Według informacji z rządowego sprawozdania, które podaje „Rzeczpospolita” w 2016 roku aborcje płodów z wadą trisomia 21 stanowiły łącznie 37% wszystkich przeprowadzonych tego typu zabiegów. Dodać jeszcze należy, że: „Sprawozdanie wskazuje wyraźnie że zespół Downa bez współistniejących wad to jedynie 21 % aborcji. W pozostałych 16 %. przypadków choroba ta występuje wraz z innymi upośledzeniami, np. złożonymi wadami serca, wodogłowiem, wytrzewieniem, a także rozszczepami kręgosłupa”. Innymi słowy, zabiegów wyłącznie ze względu na trisomię 21 jest jeszcze mniej. Dokładnie 21%. Nie przeszkadza to jednak w zupełności środowiskom anty-choicowym ilustrować swoich tyrad zdjęciami roześmianych dzieci z zespołem Downa, tak by wmówić nam, że to one – i to w pełni ukształtowane! - stają się rzekomo ofiarami obecnie obowiązującej ustawy. Wyjątkowo perfidna manipulacja. I bardzo nie po chrześcijańsku.

W projekcie „Zatrzymaj aborcję” znajdujemy też takie enigmatyczne sformułowanie, niepoparte żadnym naukowym źródłem: „Na gruncie współczesnych, obiektywnych osiągnięć nauk przyrodniczych (medycyny, biologii, a zwłaszcza genetyki) nie ma obecnie żadnych wątpliwości, iż życie człowieka rozpoczyna się w momencie poczęcia”. Na gruncie współczesnych obiektywnych osiągnięć nauk przyrodniczych (medycyny, biologii, a zwłaszcza genetyki) nie występuje coś takiego jak „moment poczęcia”. Kolejny wyrazowy „zakalec”, który ma nam kodować nieprawdziwe informacje zgodne z oczekiwaniami ruchu anty-choice. Nie ma „momentu poczęcia”, jest „proces poczęcia”, który trwa nawet do 5-6 dni. I to jest właśnie zgodne z rzetelną wiedzą z zakresu rozwoju zarodkowego człowieka. Być może pro-płodowym fanatykom zdaje się, że skoro Maria od tak niespodziewanie zaszła w ciążę instant za sprawą Ducha świętego, a mały Jezusik już w pełni uformowany jako mały kompletny człowieczek – tzw. „homunculus” - jak głosili średniowieczni teologowie wniknął w jej ciało przez ucho, że tak to się normalnie innym kobietom dzieje. Niestety, pozostałe poczynają klasycznie za pomocą dróg rodnych, a cały proces od kilkukomórkowego zarodka do w pełni rozwiniętego niemowlaka trwa... dziewięć miesięcy.

Zgodnie z potwierdzonym naukowo schematem rozmnażania się człowieka, do zapłodnienia komórki jajowej przez plemnik dochodzi w jajowodzie, z którego następnie komórka wędruje do macicy. Samo przemieszczenie się zapłodnionej komórki jajowej do macicy trwa jak wyżej wspomniałam około 5-6 dni. Następnie implantacja, czyli zagnieżdżenie się zarodka w ściance macicy, to proces trwający kolejne 5 do 6 dni. Ciąża zaczyna się dopiero od momentu, gdy zarodek zainstaluje się w jamie macicy. I nie każdemu „bąbelkowi” to się udaje. - „Prawie połowa zapłodnionych komórek jajowych zostaje poroniona w sposób naturalny i niezauważalny w ciągu pierwszych dwóch tygodni, a od 3. tygodnia na 100 ciąż 1/4 nie kończy się porodem z przyczyn naturalnych. Około 60% wszystkich poczęć kończy się samoistnie jeszcze przed upływem pierwszego trymestru ciąży”. Mało tego, niektóre zarodki przekształcają się w zaśniad groniasty, częściowy lub całkowity, który stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia kobiety. Nie będzie z tego zaczynu słodkiego różowego bobaska, a coś podobnego do nowotworu, co może w skrajnych przypadkach doprowadzić nawet do pęknięcia macicy! I to nie jedyne bardzo trudne schorzenie, wynaturzenie płodu, które może się przydarzyć, jeśli coś w tym procesie biologicznym pójdzie nie tak. Ale tego ani od Kai Godek, ani z przepychanego przez nią w Sejmie projektu się nie dowiecie. Przeciwnicy prawa kobiet do wyboru każą im nawet w zaśniadzie groniastym widzieć więc już człowieka, bo według nich człowiekiem jest już każda zapłodniona komórka jajowa. Taka żelazna logika.

Według raportu opublikowanego przez Królewską Akademię Położnictwa i Ginekologii w Wielkiej Brytanii cytuję za „Gazetą Wyborczą”: „Płód nie może odczuwać bólu przed 24. tygodniem, ponieważ połączenia nerwowe w mózgu płodu nie są w pełni wykształcone. Zbadane dowody wykazują, że płód przebywający w chemicznym środowisku macicy jest w stanie wymuszonego snu i w stanie nieprzytomności. Grupa robocza uznaje, że ponieważ 24. tygodniowy płód nie ma świadomości i nie może odczuwać bólu, stosowanie znieczulenia płodu przy ewentualnych zabiegach medycznych nie daje żadnych korzyści”. Do 6. miesiąca ciąży płód nie może więc odczuwać bólu! Nie ma świadomości własnego istnienia! Nie wierzcie więc w kłamstwa, którymi hojnie szpikują Was zygotarianie o „dzieciątkach” uciekających przed zimnymi kleszczami występnych aborterów! Albo innymi opowieściami z krypty, bo na pewno nie z macicy. To są fikcje rodem z krwawych horrorów, które znowu obliczone są na wywołanie szoku w odbiorcy i utożsamienie płodu z dzieckiem. I tak np. w 8. tygodniu swojego rozwoju płód liczy 3-4 cm i waży ok. 5 gramów. Nie ma też mowy o żadnych ostrych nożycach czy innych chirurgicznych narzędziach rzeźniczych. Aborcja tak makabrycznie już po prostu od dawna nie wygląda. W cywilizowanych krajach można ją przeprowadzić bezinwazyjnie, za pomocą farmakologii co najmniej do 9. tygodnia w domu. A jeśli chodzi o zabieg medyczny, to polega on dziś na delikatnym wyssaniu jamy macicy i odklejeniu zarodka (tzw. metoda próżniowa). W Polsce praktykuje się tzw. "łyżeczkowanie", czyli oczyszczenie jamy macicy za pomocą specjalnej łyżki ginekologicznej. Nie będzie więc z tego krwawych szczątków, urwanych rączek czy nóżek jak pokazują zygotarianie, by Was przerazić i wzbudzić głęboką niechęć do tego zabiegu. Warto wiedzieć, że Human Rights Watch wezwało Polskę do odrzucenia projektu „Zatrzymaj aborcję”.

Niedawno głośno było o reportażu dziennikarki „Newsweeka”, która pod przykrywką udała się na tajne szkolenie dla pro-płodowców. Dowiedziała się z niego między innymi, że drastyczne zdjęcia, których używają oni w swoich kampaniach na mieście, to zdjęcia aborcji sprzed 50, 60 lat. Z prostolinijną bezpośredniością prowadzący kurs przyznał, że pokazują takie zdjęcia, wyłącznie po to żeby wywołać wzburzenie i brak akceptu dla aborcji. To niejedyne zresztą nadużycie, którego się dopuszczają. Poprawiają zdjęcia płodów w programie komputerowym, żeby bardziej przypominały dziecko. Zaniżają wiek płodu,a tymczasem ukazują zdjęcie płodu znacznie starszego. Robią wielokrotne powiększenia przez co płód wydaje się być znacznie większy niż jest w rzeczywistości. To tylko kilka z powszechnych praktyk fałszowania przez nich przekazu na temat aborcji. Zachowajcie czujność!

I nawet sztandarowy przykład ich antyaborcyjnej propagandy – czyli słynny film „antydokumentalny” z przebiegu aborcji „Niemy krzyk” okazał się zwykłą bujdą na resorach. Gremium złożone z lekarzy specjalistów dopatrzyło się w nim licznych przekłamań. Twórca tego filmu przegrał w sądzie proces wytoczony mu przez tych lekarzy. Ale film jest nadal pokazywany, żywo komentowany i uważany za rzetelny „dokument”... Kaja Godek przywołała niedawno ten obraz w swojej wypowiedzi na antenie programu prowadzonego przez Grzegorza Górnego.

Nie tylko polskie kobiety według katolickich fundamentalistów muszą cierpieć. Krzywdzić trzeba również dzieci. Te żyjące, już urodzone, „dzieci napoczęte”, „rozpoczęte”, „wypoczęte”, jak i „niewypoczęte”. Zdarzały się przypadki, że dzieci na lekcjach religii w polskich szkołach zmuszano do oglądania owego przekłamanego brutalnego wizualnie filmu „Niemy krzyk”. A udręczano najmłodszych tylko po to, by wychować sobie z nich armię wiernych i karnych „antyaborcjonistów”. To że za pomocą niewłaściwych dla ich wieku i kondycji psychicznej okrutnych obrazów, do tego nie mających nic wspólnego z prawdą, to już nieistotne. W końcu wszystko „w zbożnym celu”.

Szkoda że w polskich szkołach uczniowie nie otrzymują wiedzy, która naprawdę bardzo by im się w ich życiu doczesnym przydała. Przykre, że nadal nie ma zajęć z nowoczesnej edukacji seksualnej. Albo jak są, to prowadzą je katecheci lub osoby niekompetentne, przedstawiające wiedzę o seksualności człowieka ilustrującą nauczanie Kościoła katolickiego, pełną bzdur, stereotypów wszelkiej maści i zabobonów. Smutne, że ekspertami MEN zostają ludzie, którzy mieszają swoje prywatne religijne przekonania do wiedzy, którą przekazują dalej. Tacy jak prof. (sic!) Urszula Dudziak, która zasłynęła jakiś czas temu swoimi oryginalnymi koncepcjami dotyczącymi ludzkiej seksualności, jak ta, że „kobieta pozbawiona dobroczynnego wpływu nasienia choruje”, a „stosowanie prezerwatywy powoduje raka piersi”. Dlaczego ktoś z takim archaicznym i wypaczonym spojrzeniem na świat konsultuje podręcznik, z którego będą się uczyły polskie dzieci i to jest OK? A dlaczego, gdy w Sejmie przemawia Barbara Nowacka, mówiąc wydawołoby się „oczywiste oczywistości” jak: „Żołądź to nie jest dąb. Jajko to nie jest kura. A płód, zygota, zlepek komórek to nie jest dziecko” po sali idzie pomruk niezadowolenia i niedowierzania? Dla wielu Polaków OK jest też to, że Maria zaszła w ciążę bez tradycyjnego zapłodnienia, po porodzie nadal pozostała dziewicą, a po śmierci została wzięta przez aniołów prosto do nieba. Tylko aborcja nie jest OK. Rzecz do kontemplacji w skrytości modlitwy.

 

 

Korzystałam z książki „Duża książka o aborcji” Katarzyny Bratkowskiej i Kazimiery Szczuki oraz książki „Szaleństwo w religiach świata” Jacka Sieradzana. A także artykułów dostępnych w internecie w serwisie Newsweeka i Gazety Wyborczej.