MOJA MATKA NIE JEST BOSKA

31-05-2018

Pamiętam, jak kiedyś uczyłam się angielskich słówek i rozbawiło mnie podobieństwo słów „smother” i „mother”. Pierwsze to czasownik, oznaczający według słownikowej definicji: „dusić” (kogoś), „tłumić” (śmiech, niezadowolenie, emocje), „tłamsić” (kogoś), „zarzucać” (miłością, troskliwością). Drugie znaczy po prostu „matka”. Kobieta, która wydała dziecko na świat, potrafi je dusić, tłumić i tłamsić. Oplatać swymi chorobliwymi mackami niczym pajęczyca tocząca mu do krwiobiegu niszczący jad. Jak trujący bluszcz. Jak toksyczny i śmiertelnie niebezpieczny biały oleander.

„Biały oleander” to zresztą tytuł powieści Janet Fitch oraz filmu będącego jej adaptacją. Opowiada historię dwunastoletniej Astrid i jej matki Ingrid, ekscentrycznej „artystki”. Ingrid stając przed groźbą porzucenia przez niewiernego kochanka, zabija go trucizną z białego oleandra. Zostaje skazana na dożywotnie więzienie, a jej wchodząca w trudny wiek dojrzewania córka Astrid pozostawiona sama sobie, tuła się od jednej rodziny zastępczej do drugiej. Z matką spotyka się na rzadkich widzeniach, a kontakt przede wszystkim utrzymują ze sobą wymieniając listy. Listy te początkowo są wszystkim dla samotnej, przerażonej nową sytuacją i łaknącej obecności rodzicielki dziewczynki. Z kolei dla zaborczej i autorytarnej Ingrid stają się przede wszystkim szansą do „wykładania” swoich nauk i dogmatycznych prawd o życiu, narzędziem kontroli i podporządkowania przebywającej z dala od niej Astrid.

W filmie wraz z rozwojem wydarzeń obserwujemy stopniową przemianę dziewczynki początkowo (typowo...) ślepo zapatrzonej i posłusznej we wszystkim matce, nasiąkniętej niczym gąbka jej poglądami, upodobaniami, adorującej ją bezrefleksyjnie i całkowicie się z nią utożsamiającej. Podkreśleniu tej absolutnej identyfikacji służy też podobieństwo rysów twarzy i koloru włosów ich obu (mała dygresja okołotematyczna: często to „wizualne podobieństwo” wykorzystują cynicznie niektóre matki, wmawiając swoim córkom, że skoro są podobne do siebie z wyglądu, to również i z „wnętrza”. W ten sposób próbują związać ze sobą swoją żeńską latorośl i zaszczepić w niej przeświadczenie, że naprawdę są „jednością” i niczym się od siebie nie różnią...A skoro niczym istotnym się między sobą nie różnią, to znaczy, że muszą myśleć, widzieć i czuć tak samo. Matka przejmuje tym samym nad córką władzę absolutną, którą ta „młodsza” i znacznie mniej „życiowo doświadczona” z tej pary kobieta składa w ręce swojej rodzicielki zupełnie nieświadomie. I tak oto powstaje swoisty „smok dwugłowy” - czy raczej smoczyca – hybryda matki i córki połączona niczym siostry syjamskie wspólną świadomością, działająca jak jeden organizm rozdzielony na dwa ciała...).

Astrid żyjąc bez matki, paradoksalnie po raz pierwszy w swojej krótkiej egzystencji ma szansę jednak mentalnie wybić się na wolność i niezależność oraz zaznać uroków spokojnego, bezpiecznego domu. Zgromadzić swoje „własne” doświadczenia i przemyślenia, niezapośredniczone poprzez trudną osobowość matki i jej dyscyplinujące sądy. Nabierając dystansu, oddala się więc od niej stopniowo. Coraz mniej zwierza się w swoich listach, coraz bardziej uszczelnia swój świat przed jej „wszystkowidzącym” świdrującym wzrokiem. Nawiązuje nowe ważne znajomości. I dopiero ta „emocjonalna odległość” pozwala jej spojrzeć na Ingrid bez różowych okularów dziecięcego ubóstwienia, świadomie i krytycznie. Tak jak na każdą inną osobę napotkaną w życiu, bez faworyzowania jej jako „ukochanej mamusi” z lukrowanych dziecinnych wspomnień. Trzeźwo i bez znieczulenia. A skoro bez aplikowania swojej psychice „środków przeciwbólowych”, to również odważając się otworzyć na to, co w matce straszne, okrutne, podłe i złe. I przyjąć to w końcu w pełni do świadomości. Pogodzić się z tym. Pójść dalej swoją (własną) drogą.

To także „piękny” portret „narcystycznej matki”, która mimo deklaracji tak naprawdę nie kocha swojej córki w córce. Kocha tylko swoje własne odbicie w niej. „Jesteś MOJĄ córką!” - wielokrotnie z emfazą mówi Ingrid, dając Astrid jednoznacznie do zrozumienia, że tylko dlatego zasługuje ona na jej uwagę...

-”Większość społeczeństw gloryfikuje matki, tak jakby zwykły biologiczny akt wydania dziecka na świat automatycznie pociągał za sobą najwznioślejsze uczucia. A to po prostu nieprawda. Nie istnieje magiczny pstryczek, którego naciśnięcie włączyłoby osławiony „instynkt macierzyński” niczym żarówkę i dawało pewność, że każda kobieta, nawet zaburzona emocjonalnie, natychmiast nawiąże więź ze swoim dzieckiem, będzie umiała rozpoznać i zaspokoić jego potrzeby i otoczy je życiodajną, czułą opieką. Oczywiście, freudowska nagonka na matki – obwinianie ich o wszystko, co złego dzieje się z dziećmi w każdym wieku – okazała się bezpodstawna, niemniej jednak podobną fantazją jest odruchowe stawianie znaku równości między macierzyństwem a zdrową miłością do dziecka” – pisze w swojej książce „Matki, które nie potrafią kochać. Uzdrawiający poradnik dla córek” psycholożka dr Susan Forward.

Sama znam przypadek matki, która niezależnie od tego, co zrobiła podłego, niegodziwego i upokarzającego kogoś, żądała wciąż siłowo od osoby, której wyrządziła krzywdę szacunku dla siebie jako matki! - „Nie szanujesz matki dziecka!” wciąż jak mantra krzyczała, zresztą nie przebierając w słowach, a raczej w wulgaryzmach, zupełnie nie przejmując się tym, że domagając się tak stanowczo poszanowania swojej „opromienionej świętością macierzyństwa” osoby mieszała z błotem i obrażała każdego, kto w jakikolwiek sposób się jej zdegenerowanym poczynaniom sprzeciwiał. Oczywiście, zupełnie nie widziała w tym sprzeczności. W końcu to ona była „Matką”, Wielką Boginią, „Samozwańczą Arcykapłanką Domowego Ogniska” (które zresztą w końcu każde zakładane przez nią nowe domostwo paliło doszczętnie i obracało w popiół...). Przedwieczną płodną Macicą, która udzielała światu z wyżyn swego dostojeństwa błogosławieństwa „owoców swego żywota”. Najpotężniejszej tej Macierzy należał się więc wiernopoddańczy hołd... Takiej ślepej adoracji i bezwzględnej wierności oczekiwała zresztą również od wszystkich swoich dzieci.

Na potrzeby swojego poradnika dr Susan Forward wprowadziła taką klasyfikację „poważnie zaburzonych matek” w ich relacjach z córkami (podkreślając jednak, że nie ma między nimi sztywnych granic i czasem zdarza się jednej osobie przynależeć do dwóch lub więcej kategorii) :

 

  • MATKA GŁĘBOKO NARCYSTYCZNA

Całkowicie pochłonięta sobą, a jednocześnie niepewna siebie. Przejawia nienasycony głód admiracji i potwierdzenia własnej ważności. Musi być stale w centrum uwagi – będzie zawzięcie walczyć o to miejsce z każdym, również z córką. Widząc w córce faktyczną czy wyimaginowaną rywalkę, robi wiele, żeby ją stłamsić, zaćmić, podkopać jej wiarę w siebie, we własną atrakcyjność i kobiecość. W tej relacji krytyka, złośliwości czy nawet szyderstwa są na porządku dziennym, zwłaszcza odkąd córka zaczyna wyrastać z wieku dziecięcego.

 

 

  • MATKA ZABORCZA

Osacza córkę, zawłaszcza jej czas i uwagę, nie respektuje jej granic, stara się pozostać najważniejszą osobą w jej życiu, niezależnie od upływu czasu. Zaborcza matka czerpie bowiem całą życiową satysfakcję właśnie z roli matki – zazwyczaj dlatego, że nie spełniła się w innych. Odpowiedzialność za swój dobrostan i zaspokojenie potrzeb emocjonalnych ceduje więc na córkę, tłumiąc lub lekceważąc dążenia tej ostatniej. Zaborcza matka lubi nazywać swoją córkę „najlepszą przyjaciółką”, chociaż sama nie umie obdarzyć jej prawdziwą przyjaźnią, bezinteresowną i pełną empatii. W istocie rzeczy ona również myśli przede wszystkim o sobie.

 

  • MATKA DESPOTYCZNA

Wiele dziedzin życia wymyka się jej spod kontroli, więc odreagowuje to na istotach słabszych i zależnych. Córkę postrzega jako kogoś, kto ma się jej podporządkować, spełniać wszelkie oczekiwania i dawać poczucie mocy. Nie znosi sprzeciwu i surowo karze za każdą próbę buntu. Często twierdzi, że zna swoją córkę lepiej niż ona sama, a już na pewno wie lepiej, jak pokierować jej życiem. A córka ciągle strofowana, krytykowana i karcona w końcu przyswaja sobie tę krzywdzącą opinię na własny temat.

 

  • MATKA WYMAGAJĄCA MATKOWANIA

Nie potrafi zaopiekować się dziećmi, gdyż sama potrzebuje opieki z powodu niedojrzałości, niezaradności czy przytłoczenia własnymi problemami. Dla rzeszy niewydolnych życiowo kobiet córki są często darem niebios, kimś, na kogo można scedować obowiązki. Na zasadzie klasycznego odwrócenia ról matki zachowujące się jak dzieci najzwyczajniej kradną dzieciństwo córkom, nie dość, że zmuszonym do przedwczesnej dorosłości, to jeszcze skazanym na osiąganie jej na własną rękę, bez niezbędnych wzorców, wsparcia i przewodnictwa.

 

-MATKA WYRODNA, ZDRADZIECKA, BRUTALNA

Ta najczarniejsza kategoria obejmuje kobiety pozbawione uczuć wyższych, w tym prawdziwe sadystki, psychopatki albo osoby tak zastraszone, że niezdolne do obrony własnych dzieci przed przemocą ze strony innych członków rodziny. Córki takich matek dorastają w klimacie bezpośredniego fizycznego zagrożenia, nie wspominając o emocjonalnym, a koszmarne przeżycia z dzieciństwa odciskają na nich szczególnie głębokie piętno.

Tyle dr Forward... Na pewno każda z Was i każdy z Was zna choć jedną taką matkę. Jeśli nie osobiście, to ze słyszenia od bliższych bądź dalszych znajomych, z artykułów czy innych przekazów medialnych. Dość wspomnieć słynną „matkę Madzi”... Znam matkę, która w kompulsywnym przypływie uczuć zarzekała się, że dzieci są dla niej najważniejsze... Po czym wyjeżdżała sobie na całe dnie, podrzucając dzieci na ostatnią chwilę byłemu partnerowi (oczywiście swoją „prośbę o opiekę” zgłaszając wieczorem przed porannym wyjazdem, i okraszając stekiem wyzwisk na zachętę), dziadkom bądź zostawiając z opiekunką. Gdy najstarsze z nich podrosło, potrafiła je zostawić same, bez pieniędzy na jedzenie lub inne podstawowe potrzeby, często nawet bez informowania gdzie się wybiera i kiedy wróci... No ale przecież tak kocha, a to jest najważniejsze...

Pewnej dawnej znajomej matka mówiła dokładnie co ma myśleć na każdy temat. Wymagała od niej szczegółowych raportów z jej spotkań i rozmów z innymi ludźmi. A potem dawała jej swoje „autorskie komentarze” do tych sprawozdań, często powodując w córce pomieszanie pojęć i nieumiejętność rozpoznania i wyrażenia własnego zdania. Rano w szkole dziewczyna myślała sama „jedno”, a następnego dnia już po powrocie z domu „drugie”, coś zupełnie odmiennego, co „naprostowała” jej oczywiście matka. Wyglądała na maksymalnie spiętą, nieufną wobec innych, niepewną siebie. Jednocześnie bała się przyznać, że ten stan wynika z jej niezdrowej relacji z matką i każde nawet najdelikatniejsze sugestie na ten temat odbierała jako bezlitosny atak na jej bliską więź z rodzicielką i rozpaczliwie pragnęła dochować wierności matce.

To jest zresztą jeden z najbardziej charakterystycznych rysów przewodnich tak ukształtowanej trującej więzi z zaburzoną Stworzycielką. Cała ta relacja zaczyna dość szybko przybierać dość „militarny” wyraz. Matka przeobraża się w rygorystycznego generała, który swoją córkę (lub syna) trenuje intensywnie na najbardziej oddanego sobie „żołnierza”, takiego z osobistej gwardii przybocznej. Osiąga to za pomocą swojej najczęściej nienawistnej propagandy, odbierania sprawczości swojej latorośli, wzbudzania nieufności wobec każdego poza nią, szczególnie bombardując te relacje dziecka z innymi ludźmi, które z jakichś powodów odbiera jako zagrożenie dla jej więzi (np. jest zazdrosna, że dziecko lubi przebywać z kimś innym poza nią, rozmawiać lub inspirować się). Wyhodowane w ten sposób na zepsutym matczynym łonie „młode i świeże córczyne mięso armatnie” idealnie nadaje się do wysyłania go w krwawy bój, na pierwszą linię „wroga” (bo po co samemu się tam pchać, przecież można oberwać, nie? Lepiej wysłać kogoś innego, takiego swojego fanatycznego młodego żołdaka). Oczywiście, z wzniosłą pieśnią o Matce na ustach i sztandarach! Taka zaburzona ostro kobieta dosłownie szczuje swoje dzieci jak wściekłe psy na każdego, kogo uważa za „nieprzyjaciela”. Każe im bronić jej za wszelką cenę, pakując te dzieci w ogromnie niekomfortowe sytuacje, skłócając je często na śmierć i życie z innymi... Jeszcze inna matka, którą miałam nieprzyjemność spotkać, robiła coś takiego, że dawała swoje dziecko do telefonu, gdy spodziewała się po drugiej stronie słuchawki usłyszeć coś nieprzyjemnego na swój temat. W efekcie „niemiłe słowa” lub inne jeszcze mocniejsze szły wprost na klatę przestraszonego, zdezorientowanego dziecka od nieświadomego tego podstępu dorosłego po drugiej stronie linii. Ot, i Matka (Nie)Boska Hetmanka Polski, wojownicza Królowa Dziecięcego Serduszka Niewinnego tak uroczo pod płaszczykiem bezkresnej matczynej miłości przez nią niszczonego.

Młodociana agresywna i wulgarna matka z marginesu społecznego to główna bohaterka ciekawego amerykańskiego filmu „The Florida Project”. Halley samotnie „wychowuje” swoją sześcioletnią córkę Moonee, ledwo wiążąc koniec z końcem. Nie mają nawet mieszkania, ani takiego własnego, ani nawet wynajmowanego. Koczują w obskurnym pastelowym motelu na obrzeżach Disneylandu. W jednym malutkim pokoiku, praktycznie w całości wypełnionym przez (wspólne) łóżko. Na stanie obowiązkowo jest jednak telewizor i grająca dość ważną rolę w dramaturgii prowizoryczna łazienka z wanną. Halley nie ma pracy i niespecjalnie zdaje się tym przejmować, zapatrzona w ekran swojego smartfona lub telewizora. Żyje z dnia na dzień, bez żadnego planu, często jedząc to, co przyniesie jej Moonee od „psiapsióły” matki, albo mała wyrwie od organizacji charytatywnej dostarczającej jedzenie podobnie jak ona żyjącym w skrajnym ubóstwie mieszkańcom motelu. Ta straszliwa egzystencja (czy raczej wegetacja) pokazana jest jednak oczami małej dziewczynki, która jak każde dziecko w tym wieku pragnie widzieć w matce nadczłowieka. Kocha ją psią bezwarunkową miłością. Obie są ze sobą prawie symbiotycznie związane (dość dodać, że nawet śpią w jednym łóżku), nie utrzymując z innymi ludźmi szczególnie zażyłych kontaktów. Halley ma w zwyczaju dość „instrumentalne” podejście do innych, łącznie z małą. Jest super sympatyczna i miła dopóki, ktoś robi wszystko, tak jak ona sobie życzy. Jednak, jeśli choć trochę zacznie się ją krytykować (nawet słusznie) lub odmówi spełnienia jej potrzeb, od razu dostaje istnego szału, wybucha niczym gorący wulkan. Wyzwiska, obelgi, „fucki”, a nawet rękoczyny są w świecie tej młodocianej matki czymś naturalnym, czego nie poskramia nawet przy dziewczynce. Moonee więc szybko przejmuje od niej pakiet jej typowych chamskich zachowań i odzywek...

Oglądając ten film czułam jak narasta we mnie gniew równie groźny niczym standardowy wybuch prymitywnej Halley. Po projekcji miałam okazję uczestniczyć w dyskusji na ten temat. Ogromny sprzeciw wzbudziło we mnie bagatelizowanie przez niektórych dyskutantów ewidentnie negatywnego wpływu, jakie niosło wystawienie córki na tak regularne dzikie napady szału matki. Zwłaszcza, że w wielu miejscach fabuły można było wyraźnie dostrzec, jak bardzo degradujący dla tej dziewczynki był taki niszczycielski i przemocowy przekaz płynący ze strony matki. Próbowano też niekwestionowane kompulsywne zaburzenia Halley, takie jak szalone zabawy z dziećmi, w trakcie których ona sama stawała się dzieckiem (czy raczej nigdy nie stała się dla małej matką, bo wiecznie tkwiła w roli jej niewiele starszej „siostry”), oraz „napadowe” wielkie zakupy jak niespodziewanie spłynęła gotówka, nawet dowartościowywać, mówiąc coś w rodzaju, np. „No ale przecież Moonee była taka szczęśliwa, tak świetnie się wtedy bawiła z mamą. Może i ona była niezrównoważona, ale kochała swoją córkę i starała się z nią fajnie spędzać czas” (jeśli już w ogóle go dla niej znajdowała, bo jedyne co tak naprawdę zdaje się ją interesować to telewizja lub smartfon, a dziewczynka włóczy się całymi dniami samopas, pochłaniając wyżebrane od przechodniów lody...). Sęk w tym, że te „gry i zabawy” były jak wszystko w życiu tej mocno rozchwianej emocjonalnie niedojrzałej młodej kobiety napadowe i kompulsywne. I nie tak częste jak gwałtowne erupcje jej wewnętrznego wulkanu agresji i wulgarności, demolującego wszystkich i wszystko, co stanęło mu na drodze. Łącznie z Moonee...

Psycholożka dr Monika Wasilewska tak wstępnie definiuje tzw. „toksyczną matkę”: „- Może mieć 30 lat i nie dojrzeć do posiadania dziecka. Nie stała się matką, czyli w toku jej rozwoju nie nastąpiło coś takiego, co uczyniłoby ją zdolną do podjęcia odpowiedzialności za drugiego człowieka. Jej rozwój emocjonalny i społeczny nie przebiegał prawidłowo”. Mówi też o zjawisku, tzw. „parentyfikacji”, czyli odwrócenia ról: -”Opracowuję test dotyczący parentyfikacji, czyli zjawiska, które polega na tym, że w rodzinie następuje zamiana ról, to dziecko staje się opiekunem swoich rodziców, jest zapraszane do bycia dorosłym. To jest bardzo toksyczne zjawisko. Na przykład córeczka troszczy się o potrzeby emocjonalne swojej mamy (z prowadzonych na świecie badań wyniki że częściej parentyfikowane są dziewczynki, a osoba parentyfikującą częściej jest matka), staje się przyjaciółką swojej mamy. Matka jej się zwierza z różnych problemów emocjonalnych, obciążając ją nadmiernie do wieku. Z wstępnych badań wynika, że bardziej parentyfikują matki i częściej córki są parentyfikowane. Są dwa rodzaje parentyfikacji: emocjonalna, polegająca na obciążaniu emocjonalnym dziecka, i parentyfikacja instrumentalna, która polega na tym, że dziecko jest obłożone nadmiernie obowiązkami domowymi, na przykład w gospodarstwie, albo dokładaniem się do budżetu. Te obowiązki same w sobie nie są złe, ale niedobrze się dzieje, gdy jest ich za dużo. Parentyfikacja instrumentalna może częściej dotykać chłopców, a emocjonalna dziewczynki. Badania prowadzone na świecie pokazują, że parentyfikacja instrumentalna jest mniej toksyczna niż emocjonalna.

Kiedy naruszane są granice dziecka, które jest zapraszane do opiekowania się matką, ono nie umie potem o siebie zadbać. Myślę, że dziewczynki, ze względu na cechy biologiczne, hormony związane z opiekuńczością, są bardziej predestynowane do tego, żeby wejść w tę pułapkę, żeby podjąć się opieki nad całym światem, wszystkimi innymi, tylko nie sobą - "ja jestem tu najmniej istotna". Nie umieją się o siebie zatroszczyć, nie potrafią kochać się we właściwy sposób, bo matka uczyła je miłości, która nie była dobrą, zdrową miłością. To bardzo upośledza późniejsze funkcjonowanie w związkach, ale też funkcje macierzyńskie, bo zaobserwowano, że parentyfikacja podlega pewnej transmisji pokoleniowej. Parentyfikowane dzieci są parentyfikującymi matkami dla swoich dzieci.”

W 2008 roku krakowski Bunkier Sztuki pokazał wystawę pod niepokojąco brzmiącym tytułem „Moja matka nie jest boska” (Anna Baumgart, Jadwiga Sawicka, Aleksandra Buczkowska, Dorota Buczkowska, Karolina Kowalska, Zorka Wollny; kuratorki - Anka Sasnal, Martyna Sztaba; Bunkier Sztuki, 6.06 -31.08.2008).

-”Dla mnie jest to wystawa córek walczących o swoją tożsamość, przeciwstawiających się matce, próbujących zrozumieć; krzyczących - raczej nigdy bezsilnych. Przede wszystkim aktywnych podmiotów w tej relacji” - napisała o swoich wrażeniach w recenzji projektu na łamach „Obiegu” Aleksandra Jach. Wszystkim nam zostaje „blizna po matce”, jak w słynnej pracy pod tym samym tytułem feministycznej artystki Moniki Zielińskiej. Nawet, jeśli nasza matka była, jak to dziś się modnie mówi „wystarczająco dobra”. Ten wpis dedykuję więc wszystkim „wystarczająco dobrym córkom”, które przetrwały.

 



Grafika "Moja matka nie jest boska"projektu PUNK PARROT

Obszerne cytaty pochodzą z książki „Matki, które nie potrafią kochać. Uzdrawiający poradnik dla córek”, dr Susan Forward, Donna Frazier-Glynn


Wypowiedzi psycholożki dr Moniki Wasilewskiej cytuję za „Interia. Mam dziecko”. Cały wywiad przeczytasz tu: http://mamdziecko.interia.pl/wychowanie/news-jak-toksyczne-matki-wplywaja-na-zycie-swoich-dzieci,nId,1353548

 

Chcesz dołączyć do dyskusji o tym tekście? Zapraszamy na https://facebook.com/PUNKPARROTstore/posts/1116708415176379