BÓG JEST PRO-CHOICE

28-03-2018

W grudniu 2011 roku, tuż przed Bożym Narodzeniem, w pewnym nowozelandzkim mieście wybuchł skandal. W pobliżu anglikańskiego kościoła św. Mateusza postawiono billboard z delikatnie mówiąc mocno niekanonicznym przedstawieniem Matki Boskiej dowiadującej się, że zostanie matką Odkupiciela. Mało tego, wystawiono go za zgodą wspólnoty tego kościoła! W ikonografii chrześcijańskiej scena "Zwiastowania" zwykle ukazuje Marię pokornie schylającą głowę na znak akceptacji "propozycji nie do odrzucenia" i klęczącego przed nią archanioła Gabriela z lilią. W myśl zasady, idziesz prosić o coś ważnego kobietę, nie zawadzi wziąć kwiaty. Tu w ogóle nie było skrzydlatego posłańca, nie mówiąc już o romantycznym bukiecie, a na dodatek przekaz biblijny uwspółcześniono. Maria siedzi w czymś co trochę przypomina wiejski wychodek i ze zgrozą zasłania twarz, bo właśnie z trzymanego przez nią w dłoni testu wynika niezbicie, że jest w ciąży. Wygląda na przerażoną! Wikary Glynn Cardy tak tłumaczył wymowę projektu na stronie internetowej kościoła: "Boże Narodzenie jest prawdziwe. Dotyczy prawdziwej ciąży, prawdziwej matki i prawdziwego dziecka. Maria była młoda, niezamężna i biedna. Z pewnością nie była pierwszą i ostatnią kobietą w takiej sytuacji". Ja dodam jeszcze, że nawet bardzo młoda. W tamtych czasach dziewczyna była uznawana za zdolną do zamążpójścia już po odbyciu pierwszej menstruacji. Rodzina nierzadko traktowała takie dziewczę jak uciążliwe brzemię, którego trzeba było się pozbyć jak najszybciej niczym zakaźnej choroby, którą "uleczyć" mogły tylko rychłe zaślubiny. Według teologów przyszła Bogurodzica miała w momencie niespodziewanego nalotu anioła nie więcej niż 14 lat. Czy taka dziewczynka była w pełni w stanie zrozumieć co się tak naprawdę dzieje? Czy była w stanie podjąć świadomą i niewymuszoną presją "z góry" decyzję o swoim macierzyństwie? W końcu czy jej wciąż w tym wieku rozwijające się delikatne ciało było gotowe na trudy porodu, zwłaszcza w tak zamierzchłych czasach, gdy nie znano nowoczesnej opieki medycznej, a same narodziny dziecka wiązały się z ogromnym ryzykiem śmierci położnicy? … Dopiero co obiegła świat wstrząsająca wiadomość o śmierci w trakcie porodu 14-latki z Paragwaju, która zaszła w ciążę w wyniku zgwałcenia przez 37-letniego mężczyznę. Prawo tego kraju jest jeszcze bardziej restrykcyjne niż polskie i zezwala na aborcję jedynie w przypadku zagrożenia życia matki. Nastolatka została więc zmuszona do donoszenia ciąży, a w trakcie porodu odmówiono jej cesarskiego cięcia, w wyniku czego zmarła. „To stało się nagle. Próbowaliśmy przeprowadzić resuscytację, ale dziewczyny nie udało się uratować. Jej ciało nie było gotowe na ciążę”, stwierdziła Hernán Martínez, dyrektor Szpitala Narodowego w miejscowości Itauguá.

          A co ze świadomą decyzją Marii? Czy rzeczywiście był to „jej” wybór? W końcu w Piśmie jak nic stoi: „Ecce ancilla Domini. Fiat mihi secundum verbum tuum”. „Oto ja, Służebnica Pańska. Niech mi się stanie według słowa twego.” Po łacinie „ancilla” dosłownie znaczy „niewolnica”. Drobny niuansik, który umknął jakoś w tłumaczeniu... No cóż, pisanie że czczona powszechnie Królowa Polski była tak naprawdę niewolnicą swego Pana (taką zniewoloną „pobożną uczennicą boskiego mistrza”. A propos, czemu niektóre nazwy zakonów brzmią jak tytuły filmów porno?) nie brzmi zbyt dostojnie, ani nawet dobrze. Przypomnę zresztą, że chrześcijaństwo nie występowało przeciwko niewolnictwu powszechnemu w czasach starożytnych. A święty apostoł Paweł wręcz zachęcał niewolników, by byli posłuszni swoim panom. Czy więc młodziutka niewolnica może oprzeć się wszechmocnej woli swego Pana? Nawet jeśli nie jest posiadaczką „zniewolonego umysłu” to przecież może po prostu bać się gniewu Pana, gdy odmówi przyjęcia jego boskiej oferty. A ze Starego Testamentu dobrze wiemy, że potrafił się wpienić. Trochę przypomina to sytuację, w której Wasz szef przychodzi do Was i niby niewinnie prosi o coś, co wykracza poza Wasze zawodowe obowiązki, ale Wy i tak wiecie, że nie możecie mu odmówić. Bo przestanie być fajnie. A co dopiero musiała czuć niedoświadczona 14-latka, do której pod postacią skrzydlatego gońca przybył szef wszystkich szefów wywierając na nią – dosłownie - „presję z góry”?

          -”My body! My choice!” mogłaby zakrzyknąć boskiemu pierzastemu pośrednikowi wyszczekana pannica, „córka lewaka”, „Mazura z Mazur”.  Ale niekoniecznie Maria, żyjąca dwa tysiące lat temu w skrajnie despotycznym hebrajskim patriarchacie. Na hasło „Moje ciało! Mój wybór” żyjący na przełomie czwartego i piątego wieku naszej ery św. Augustyn, czcigodny ojciec Kościoła, mógłby wypalić zadziornej lewaczce: „Sorry, ale według mnie jesteś tylko naczyniem potrzebnym do wyhodowania męskiego nasienia”, bo tak właśnie uważał. I tak o niewiastach pisał. Zresztą nie tylko on. Takie postrzeganie żeńskiej fizyczności było szeroko akceptowane w pismach teologicznych przez wiele wieków istnienia chrześcijaństwa.

          Przynajmniej pod jednym względem św. Augustyn wyprzedzał naszych dzisiejszych świątobliwych kapłanów katolickich, krzyczących z ambony o „morderczyniach dzieci” i „Holocauście” zygot. Podobnie jak inne chrześcijańskie autorytety moralne przed nim i po nim, w tym św. Tomasz z Akwinu, rozróżniał tzw. płody uczłowieczone i nieuczłowieczone. Płody nieuczłowieczone nie posiadały duszy ludzkiej, gdyż ich ciało nie było w pełni uformowane, co było warunkiem koniecznym wniknięcia duszy w tak ostatecznie ukształtowaną materię. Aborcja w tym świetle nie była więc postrzegana jako „rzeź niewiniątek”, tylko jako grzech, za który należało odbyć zwyczajową pokutę. Inną więc karę nakładano na usunięcie płodu przed uczłowieczeniem i po uczłowieczeniu. I tak np. penitencjał staroirlandzki (z ok. 800 roku) idzie tym tropem: „Niewieście, która wywołuje poronienie tego, co poczęła, po tym, jak usadowiło się w jej łonie-trzy i pół roku pokuty. Jeśli urobione było ciało-siedem lat. Jeśli wstąpiła weń dusza-czternaście lat pokuty”. Warto też dodać, że Kościół szczególnie surowo zawsze patrzył na przypadki, gdy aborcja była wynikiem cudzołóstwa. Wypływało to generalnie z judeochrześcijańskiego postrzegania ciała jako siedliska popędów, chuci i lubieżności, źródła pokusy ciągnącej do grzechu. Zgodnie z ówczesnym nauczaniem Kościoła seks mógł zaistnieć tylko między małżonkami i służyć wyłącznie prokreacji. Każde inne zbliżenie, nawet między osobami sobie zaślubionymi, mające na celu jedynie zaspokojenie fizycznej żądzy było postrzegane jako grzech i uchylanie się od  obowiązku rozmnażania nałożonego przez Boga na ludzi. Aborcja, jawny znak uprawiania miłości dla samej przyjemności, musiała więc spotkać się w tym kontekście ze srogim napiętnowaniem. Innymi słowy, co najmniej do czasów nowożytnych Kościół uważał więc spędzanie płodu jedynie za grzech seksualny mniejszego kalibru, a nie jak dziś za uśmiercenie pełnoprawnego człowieka. A kiedy to niby dusza wnika do ciała zapytacie? Większość teologów uznawała, że w 40 dniu od poczęcia w przypadku płodu męskiego, dopiero zaś w 80 dniu od poczęcia w przypadku płodu żeńskiego. Kobiety jak więc widać gołym okiem były jakby dłużej mniej ludzkie, czy też nieludzkie (św. Tomasz z Akwinu pisał przecież, że kobieta jest zdeformowanym mężczyzną; nawet taka w pełni uformowana i urodzona). Przed upływem tego czasu nie uważano płód za istotę ludzką, więc nie mogło też dojść do zabójstwa. Oczywiście zdarzali się zarówno w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, jak i później religijni pieniacze podobni do naszych współczesnych ojczulków zionących ogniem piekielnym, którzy nazywali aborcję uśmiercaniem ludzi, ale ta niewiarygodna (anty)koncepcja nigdy nie zyskała sobie popularności...aż do drugiej połowy XIX wieku. Wieku rozumu (bezrozumnego).  Do roku 1869 wśród teologów przeważał więc pogląd o płodach uczłowieczonych i nieuczłowieczonych, a samej aborcji nie definiowano jako morderstwo. W 1869 roku papież Pius IX w konstytucji „Apostolicae Sedis” zerwał z wielowiekową tradycją nauczania Kościoła w tym zakresie i  korzystając z uprzywilejowania ze względu na piastowaną najwyższą funkcję, ogłosił arbitralnie, że aborcja to morderstwo. Stanowisko to podtrzymał następnie Sobór Watykański II, papież Paweł VI oraz Jan Paweł II. Warto więc zapamiętać, że tak dramatyczne postrzeganie aborcji jest w pewnym sensie pojęciową abberacją, wypaczeniem i zerwaniem z przeważającą w historii tej instytucji dominującą teorią podziału płodów. Samo twierdzenie Piusa IX nie ma też statusu nieomylnego sądu. I o tym warto wiedzieć. Najbardziej skrajna definicja aborcji jako tożsamej z zabiciem urodzonego człowieka liczy sobie zaledwie 149 lat i nawet wśród gorliwych katolików nie brakuje dziś takich, którzy są zdecydowanymi zwolennikami wolnego wyboru. Nieprawdą jest więc to, co napisał w swoim felietonie z 25 marca 2018 dziennikarz „Rzeczypospolitej” Tomasz Pietryga: „A przecież w kwestii ochrony życia stanowisko Kościoła jest jednoznaczne i niezmienne”. I żeby było zabawniej artykuł ten zatytułowany jest: „Nie budujmy debaty nad aborcją na półprawdach”(sic!). Stanowisko Kościoła nigdy nie było jednoznaczne, ani niezmienne jak wykazałam na powyższych przykładach. Raz przechylało się w stronę zrównania płodów z ludźmi, znacznie częściej i dłużej opowiadało się za podziałem płodów na uczłowieczone i nieuczłowieczone. Oba dyskursy funkcjonowały zresztą obok siebie, z tym że, co jeszcze raz podkreślę, większość teologów skłaniała się raczej do postrzegania płodu jako tworu formującego się stopniowo w czasie, obdarzanego duszą w momencie zakończenia rozwoju biologicznego. I nie szafowano tak hojnie słowem „morderstwo”. Dyskusja nad tym, czym jest życie, poczęcie, dusza ludzka, kiedy płód przeistacza się w człowieka, tak naprawdę nigdy się w Kościele nie zakończyła. Niestety, polskim hierarchom wygodniej jest udawać, że takiej dyskusji nigdy na łonie Kościoła nie było. A może nie wiedzą, bo nie doczytali? Praktyka życia codziennego pokazuje też, że gdy chodzi o chrzest czy pochówek płodu poronionego, nawet w zaawansowanym stadium rozwoju, gdy już zaczyna przypominać niemowlę, duchowni odmawiają tych posług należnych przecież każdemu chrześcijaninowi. Człowiekowi, za którego rzekomo uznają płód. 

          O ile jeszcze kapłani i święci ojcowie interesowali się tematyką spędzania płodu i próbowali wypracować wspólne jasne stanowisko, o tyle sam Bóg nieszczególnie zdaje się tym ekscytować. W Biblii znajdujemy tylko jeden skromniutki wyrywek, który nawet nie mówi o aborcji rozumianej dosłownie. Jedynie o karze, jaką Bóg nakłada na mężczyznę, który uderzy kobietę brzemienną, a ta poroni: „Jeźli się też powadziwszy mężowie, uderzył który z nich niewiastę brzemienną, tak żeby z niej płód wyszedł, jednakby nie zaszła śmierć, koniecznie karanie odniesie, jakie włoży nań mąż onejże niewiasty, a da wedle uznania sędziów” (Ks. Wyjścia, Rozdz. XXI, 22). Znacznie więcej szczerego zapału Bóg wykazuje, planując jak ma być urządzona jego świątynia, z jakiego drewna i jakich palików zbudowana, jakimi tkaninami ozdobiona, jakimi wonnościami okadzana, jakie ofiary mają być w niej składane ku jego czci. Te opisy ciągną się malowniczo i szczegółowo przez kilkadziesiąt kolejnych stron. O tym, jaką karę wymierzył sobie Bóg za wybicie wszystkich egipskich pierworodnych (a więc już dzieci napoczętych), od syna faraona w kołysce, przez dzieci niewolników, a nawet zwierząt, o czym czytamy w Rozdziale XI Ks.Wyjścia, święta księga katolików milczy jak szczelnie zasłonięty lastrikową płytą grób. A może postanowił się ukarać najdotkliwiej jak tylko mógł, przeznaczając swego własnego syna na wyjątkowo paskudną śmierć na krzyżu? Oko za oko, pierworodny za pierworodnego. Przyczynek do alternatywnej historii Ukrzyżowania Jezusa.

          W mojej wizji „Zwiastowania wersja 2.0”, do której stworzenia posłużyłam się reprodukcją słynnego renesansowego obrazu Sandra Botticellego z 1486 roku, Maria jest istotą w pełni asertywną. Podobnie jak posłanka Joanna Senyszyn, chce mieć jako kobieta zagwarantowane i równe prawa, i dostać bukiet kwiatów. Grzecznie dziękuje za lilie, ale dalszej części oferty nie przyjmuje. W końcu ma dopiero 14 lat i sporo czasu na zastanowienie się, kiedy i czy w ogóle będzie chciała zostać matką. A jeśli zdarzy się jej wpadka i test uprzejmie poinformuje ją o niechcianej ciąży, będzie mogła wyjść z opresji bez szwanku, pozostając (z) sobą. Wyłącznie sobą. Ewentualnie napełnioną mocą Ducha Świętego, dzięki żarliwie odmawianym modlitwom.

          Z rok temu dyskutowałam zażarcie na temat aborcji na znanym portalu społecznościowym z przedstawicielką podejścia pro-płód. Po wyliczeniu wszystkich racjonalnych argumentów, postanowiłam ugodzić ją jej własną bronią: krzyżem. Napisałam: „Bóg jest pro-choice, bo zgodnie z katechizmem obdarzył każdego człowieka rozumem i wolną wolą”. Ta wolna wola może więc także ułożyć się czasem w hasło „My body! My choice!”. I przybrać postać wkur...nej kobiety z otwartą czarną parasolką, protestującej przeciwko odbieraniu jej prawa do wyboru. Wolnego wyboru.

 

Korzystałam z książki Jane Hurst, „Historia aborcji w Kościele Katolickim”.

Link do artykułu o billboardzie z Marią wykonującą test ciążowy: http://www.nydailynews.com/news/world/st-matthews-in-the-city-church-virgin-mary-pregnancy-test-billboard-sparks-christmas-controversy-article-1.992077

 

Chcesz skomentować? Zobacz dyskusję tutaj